Archiwa tagu: dzieci

Dziewczynka spod Gwiazdozbioru Żyrafy

Pewnej grudniowej nocy, pod jedną z gwiazd szczególnie tej nocy widocznego Gwiazdozbioru Żyrafy, w małym i spokojnym miasteczku przyszła na świat dziewczynka. Miała kasztanowe włosy jak jej mama i zielone oczy jak jej tata. I miała jeszcze coś, czego nie mieli ani mama, ani tata. Jej skórę pokrywały delikatne plamki o lekko brązowym odcieniu – zupełnie jak u żyrafy. I gdy pierwszy raz ujrzeli ją na świecie pokochali jej kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki. Te plamki trochę ich zmartwiły a trochę zastanawiały – skąd się wzięły? Pan doktor, który czuwał nad dziewczynką, gdy przyszła na świat, też jeszcze nie wiedział, skąd wzięły się plamki. Powiedział, że są one częścią dziewczynki i tyle. A później, gdy tata spojrzał w niebo i zobaczył jasno świecący Gwiazdozbiór Żyrafy, zrozumiał, że ta mała dziewczynka będzie dla nich kimś wyjątkowym.

Przywitała świat donośnym krzykiem, a potem ukojona czułym kołysaniem zasnęła w ramionach swojej mamy. Mama i tata kochali ją najmocniej na świecie i towarzyszyli jej w każdym ważnym momencie życia.

Nazwali ją Basia. Tak więc Basia rosła bardzo prędko. Rosły jej ręce, nogi, rosły także brązowe plamki na ciele. Gdy tylko Basia nauczyła się chodzić, to od razu zaczęła też skakać, Bardzo to lubiła, skakała po wszystkim, co się dało: po łóżku, po krzesłach, po trawie, po brzuchu taty, gdy leżał na kanapie. Aż w końcu tata kupił dla niej małą trampolinę i postawił ją w ogródku. I na niej też Basia skakała. Naprawdę wysoko. Basia lubiła też obserwować wieczorem niebo. Tata opowiadał jej o gwiazdach i planetach. Opowiedział też o szczególnie dla nich ważnym Gwiazdozbiorze Żyrafy.

Mała Basia nie tylko rosła ale też stawała się coraz mądrzejsza i bystrzejsza. I już wkrótce zaciekawiła się tym, że wśród wszystkich znanych jej osób tylko ona jedna ma na rączkach, nóżkach i brzuszku plamki – zupełnie tak jak ta żyrafa, co ma cały gwiazdozbiór.

– Mamo, czy w naszej rodzinie jest jakaś żyrafa? – Zapytała raz Basia swoją mamę.

– Nie kochanie, nie ma. A chciałabyś, żeby była? – Odpowiedziała mama z uśmiechem, pod którym kryło się zmartwienie.

Tak, mama zmartwiła się, że Basia może źle się czuć ze swoimi plamkami.

Ale Basia nie czuła się źle. Czuła, że mama i tata i wszyscy najbliżsi, których miała, kochali ją calutką od stóp aż po czubek głowy, a przecież po drodze są też plamki. Basia była po prostu ciekawa.

Razem z Basią rosły też inne dzieci, które znała i te, które dopiero poznawała. I te dzieci coraz częściej przyglądały jej się uważnie. Niektóre, gdy już się przyjrzały i znudziły tym przyglądaniem, to bawiły się dalej w najlepsze. Inne pytały, czemu ma takie plamki. A jeszcze inne pokazywały ją sobie palcami i chichotały.

Basia zaczęła czuć się nieswojo. A już najbardziej nieswojo poczuła się, gdy któregoś dnia jakiś chłopiec powiedział do niej:

– Dziwne te twoje plamy. Czemu ty je wszędzie masz? Nie możesz ich zmyć?

Dziewczynka poczuła, jak nagle robi jej się gorąco. Skurczyła się w sobie i spuściła wzrok. I tym razem po powrocie do domu zapytała mamę już bardziej stanowczo i ze złością w głosie:

– Mamo, dlaczego ja mam takie plamki, a nikt inny ich nie ma?

Mama odpowiedziała jej to, co mówiła już wcześniej:

– Nie wiem dlaczego. Gdy się urodziłaś, one były już z tobą.

– Mamo ja ich nie chcę, czy one kiedyś znikną? Przez te plamy jestem dziwna.

– Słyszę, że czujesz się z nimi źle. Nie wiem, czy one znikną. Ja nie mogę tego sprawić. Mogę za to być przy tobie wtedy, gdy poczujesz się smutna.

Mama przytuliła mocno Basię i zobaczyła, jak rozluźniają się jej dłonie, które wcześniej trzymała zaciśnięte w pięści. A po chwili zapytała jeszcze:

– Czy mogę zdradzić ci pewien ważny sekret?

Dziewczynka z mokrymi od łez oczami, ale bardzo zaciekawiona, kiwnęła głową.

– Rzeczy są takie jakie są. Nie są ani ładne, ani brzydkie, nie są zwyczajne ani dziwne. One po prostu są. Ale musimy nauczyć się patrzeć, żeby je naprawdę zobaczyć… a nie tylko widzieć je tak, jak sobie wymyśliliśmy, że wyglądają. To czasami jest bardzo trudne.

Basia próbowała zrozumieć, o co chodzi mamie, a mama dodała jeszcze:

– Ty jesteś Basią. Masz kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki na ciele. Jeśli ktoś będzie umiał patrzeć, zobaczy taką właśnie Basię, z którą będzie mógł się zaprzyjaźnić.

Teraz Basia już zrozumiała i jeszcze mocniej przytuliła mamę.

Jakiś czas później Basia bawiła się na dworze, gdy podeszła do niej dziewczynka i zaczęła jej się przyglądać zdziwiona. A po chwili powiedziała:

– Ej, co ty masz na rękach?

Basia poczuła, że serduszko tak nieprzyjemnie szybko jej bije. Wzięła wtedy głęboki oddech, zebrała całą siłę, jaką miała w sobie i powiedziała:

– Jestem Basia. Mam takie plamy i już. Jeśli chcesz, możesz się ze mną zaprzyjaźnić. Możemy poskakać razem na trampolinie, jestem w tym naprawdę świetna. Mogę też opowiedzieć ci o gwiazdach i planetach, bo dużo wiem na ten temat. Chcesz?

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy i zaniemówiła na chwilę zaskoczona. Potem uśmiechnęła się do Basi i odpowiedziała:

– Jestem Alicja. O planetach to ja za bardzo nic nie wiem, ale założę się, że na trampolinie cię pokonam.

No więc poszły sprawdzić, kto rzeczywiście wyżej skacze. I bardzo dobrze się bawiły. Tak dobrze, że zapomniały już, że miały to sprawdzić. A później Basia na prawdę opowiedziała Alicji o kosmosie, gwiazdach i gwiazdozbiorze żyrafy.

Ale nie zawsze było tak łatwo. Czasem zdarzało się, że jakiś chłopiec albo dziewczynka nie chcieli słuchać jej przyjaznych słów i śmiali się z niej lub mówili coś przykrego. Wtedy Basia wiedziała, że oni nie potrafią jeszcze patrzeć tak, żeby widzieć coś na prawdę (tak jak wyjaśniała jej mama). I chociaż nadal było jej z tym trudno i nieprzyjemnie, to wiedziała, że nie na wszystko można od razu znaleźć rozwiązanie. Przypominała sobie wtedy, że jest Basią, która lubi skakać i wie dużo o gwiazdach, a jeśli ktoś mówi, że jest „dziwna”, to znaczy, że on tak mówi, a nie że Basia taka właśnie jest. A gdy mimo to było jej czasem bardzo źle, bo wyczerpała już wszystkie swoje siły, to szła do kogoś, kto naprawdę umiał patrzeć, np. do mamy i taty. Śmiali się wtedy i bawili albo po prostu w milczeniu gapili na gwiazdy. I to było dla niej naprawdę pomocne.

Zmartwiona Głowa

Pewnego wiosennego dnia w wiosce Indian z plemienia Dudum wszystkie dzieci bawiły się radośnie, tańcząc i śpiewając. Ich rodzice pracowali w tym czasie przy odbudowie mostu zniszczonego przez rzekę. Tylko jeden z chłopców nie bawił się z pozostałymi dziećmi. Stał samotnie z boku, rozglądając się dookoła, a po jego twarzy leciały łzy. Od czasu do czasu ktoś z rówieśników podchodził do niego, żeby zaprosić go do wspólnej zabawy, jednak on trzymał się z boku i wciąż płakał. W końcu dzieci przestały zwracać na niego uwagę. Wiedziały, że chłopiec czeka, aż jego rodzice skończą pracę przy zepsutym moście i zabiorą go do domu.

Ten mały Indianin często płakał też z innych powodów. Gdy czegoś nie potrafił, gdy ktoś odezwał się do niego gniewnym głosem, gdy musiał zrobić coś, czego nie lubi… Wtedy robił się smutny i płakał. Jego uczucia i zmartwienia sprawiały czasem, że nie mógł się poruszyć, zaczynał boleć go brzuch, a nawet zdarzało się, że wymiotował.

Z tego powodu małemu Indianinowi nadano imię Zmartwiona Głowa, i tak też wszyscy na niego wołali.

Jego koledzy i koleżanki chciały mu jakoś pomóc. Próbowały go pocieszać, rozśmieszać, zapraszały do zabawy. I choć bardzo go lubiły, to miały czasem już tego dość, bo Zmartwiona Głowa zamiast bawić się z nimi, cały czas myślał o swoim domu. Gdy grali w zagadki, nie potrafił odgadnąć nawet tych najprostszych, przez co jego drużyna przegrywała.  Gdy budowali tajny szałas w lesie, Zmartwiona Głowa zamiast szukać razem z nimi najlepszych gałęzi, płakał i myślał tylko o tym, kiedy już wróci do domu. Dzieci czuły się bezradne i zmęczone jego płaczem, więc czasami odsuwały się od niego.

Pewnego dnia Zmartwiona Głowa wybrał się z resztą plemienia na poszukiwania rzadkiej i cennej leczniczej rośliny. Szli przez zupełnie nieznane sobie dotąd tereny. W pewnym momencie mały Indianin zauważył, że jest sam, w pobliżu nie było nikogo z plemienia. Krzyczał głośno Hop hop. Ale nikt mu nie odpowiadał.

Jego serce zaczęło bić szybko, brzuch zacisnął się jak pętla, ręce i nogi zaczęły dygotać. W głowie pojawiły się myśli: O nie, co teraz będzie, już nigdy ich nie odnajdę, zostanę na zawsze sam.

Wtedy chłopiec zobaczył przed sobą potężne drzewo. Była to bardzo stara sosna. Indianie z plemienia Dudum zawsze bardzo szanowali drzewa i chętnie siadali przy nich, by porozmawiać z Matką Naturą wtedy, gdy potrzebowali jej pomocy lub rady. Zmartwiona Głowa również podszedł teraz do starej sosny i usiadł przy niej.

– Matko Naturo…  – Powiedział nieśmiało. – Pomóż mi proszę, bo z tego strachu cały się trzęsę i sam na pewno sobie nie poradzę.

Poczciwa sosna zakołysała leciutko swoimi gałęziami.

– Nie musisz radzić sobie sam – Odpowiedziała Matka Natura. – Masz przecież przy sobie swojego najlepszego przyjaciela, który jest z tobą zawsze i wszędzie, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz. On ci pomoże.

Mały Indianin rozejrzał się dookoła zdziwiony.

– Nie szukaj go na zewnątrz, poszukaj go w sobie. – Powiedziała Matka Natura. – Ten przyjaciel to twój oddech. On pomoże ci, gdy się martwisz, czujesz lęk lub gniew. Nie musisz walczyć z tymi uczuciami. Możesz je zaakceptować, a gdy są bardzo silne, oddech pomoże ci i będzie z tobą, aż one osłabną i odpłyną powoli z twojego ciała.

Chłopca bardzo zdziwiły te słowa, lecz słuchał dalej.

– Spróbuj go teraz odnaleźć i skup na nim całą swoją uwagę.

Chłopiec zamknął oczy. Teraz lepiej mógł usłyszeć przyjemny, spokojny szum starej sosny i poczuć zapach jej zielonych igieł.

Lecz nieprzyjemne myśli i strach nie chciały tak łatwo odejść z jego głowy i wciąż podpowiadały: O nie! zostaniesz na zawsze sam!

Matka Natura usłyszała te myśli i podpowiedziała chłopcu, by znalazł jakąś rzecz, drobiazg, na którym skupi swoją uwagę.

– Ale co to ma być? – Zapytał mały Indianin.

W tym momencie sosna zakołysała swoimi gałęziami i jakaś mała rzecz spadła na ziemię tuż obok jego dłoni. Dotknął jej z zamkniętymi oczami i rozpoznał, że jest to szyszka. Jej powierzchnia była lekko chropowata, kłująca i lepiła się od żywicy. Chłopiec spróbował skupić na niej całą swoją uwagę tak, jakby była teraz najważniejszą rzeczą na całym świecie. I udało mu się.

– Twoja uważność także jest twoim przyjacielem. – Szepnęła Matka Natura. – Teraz przenieś więc swoją uwagę na oddech.

Chłopiec posłuchał jej. Poczuł jak delikatne, świeże powietrze płynie swobodnie jak rzeka i dociera do jego głowy, rąk, nóg i brzucha. Z każdym wdechem i wydechem jego brzuch powoli unosił się i opadał. Jego serce powoli uspokajało się, ręce i nogi rozluźniały się. Nie zauważył nawet, kiedy z jego głowy odpłynęły nieprzyjemne myśli.

Kiedy poczuł się już zupełnie swobodnie, otworzył oczy. Teraz, gdy jego głowa i ciało były już spokojne, mógł skupić się na tym, jak sobie poradzić w tej sytuacji. Rozejrzał się dookoła i po chwili zauważył na ziemi ślady, które wskazały mu, gdzie szukać swoich towarzyszy. Wcześniej nie widział tych śladów, bo jego umysł zajęty był przez strach i zmartwienia.

– Dziękuję ci mój przyjacielu. – Powiedział mały Indianin, myśląc o swoim oddechu.

Zmartwiona Głowa bardzo zaprzyjaźnił się ze swoim oddechem i od tej pory często wzywał go na pomoc. Gdy zatęsknił za mamą, gdy coś mu się nie udało, gdy czegoś się wystraszył lub czuł się samotny. A oddech zawsze przychodził mu z pomocą. Korzystał też z pomocy swojej uważności, która pomagała mu uporządkować pędzące w głowie myśli.

Gdy Zmartwiona Głowa bawił się z dziećmi na polanie i ogarniała go ogromna tęsknota za domem, przywoływał na pomoc swoich przyjaciół.

Dzieci zauważyły, że ich kolega się zmienił i bardzo się cieszyły, że bawi się razem z nimi. Pewnego razu powiedziały do niego:

– Już nie jesteś Zmartwioną Głową, teraz jesteś już Spokojną Głową. I od tej pory tak go nazywano.


* Bajka ta zainspirowana została książką „Uważność i spokój żabki” autorstwa Eline Snel oraz historiami pewnych dwóch znajomych chłopców 🙂

We wspomnianej wyżej książce znajduje się wiele ciekawych pomysłów na ćwiczenia z oddechem i uważnością. Tutaj podaję jeszcze inne, moje pomysły na zabawy i zadania do wykorzystania razem z bajką:

Twoje indiańskie imię – Zastanów się, jak brzmiało by twoje imię, gdybyś był małym Indianinem? A może pasuje do ciebie kilka różnych imion?

Zagadki w ciemno – Poproś kogoś, żeby przygotował dla ciebie kilka przedmiotów, które spróbujesz rozpoznać z zamkniętymi oczami. Podczas próby ich rozpoznawania, możesz głośno mówić o swoich wrażeniach, o tym co przychodzi ci na myśl.

Oaza Spokoju – Wyobraź sobie jakieś miejsce, które będzie oazą spokoju, to może być jakieś fantastyczne i wymyślone przez ciebie miejsce. W czasie zabawy możesz chodzić swobodnie po pomieszczeniu, w którym jesteś i głośno mówić, o wszystkim, co tam widzisz. W pewnym momencie osoba, która bawi się z tobą, mówi: „Teraz wracasz do oazy spokoju”. Wtedy twoim zadaniem jest przywołać w wyobraźni to miejsce i zacząć opowiadać o tym, jak wygląda, co tam robisz. Po chwili można wrócić do obserwowania pomieszczenia, aż znów nie usłyszysz, że czas wracać do oazy spokoju. Na koniec możesz narysować swoją oazę.

Oaza spokoju Marysi

Głowa pełna pomysłów

Był sobie raz chłopiec podobny do innych chłopców. Miał ciekawskie oczy i uszy, które interesowały się wszystkim dookoła. Miał wszędobylskie nogi, którym niestraszne były wysokie płoty i ogromne kałuże. Miał też głowę, w której mieszkały różne fantastyczne pomysły. I właśnie ta głowa była bardzo uparta. Tak bardzo uparta, że gdy wpuściła do siebie jakiś jeden pomysł, to nie chciała wpuścić już żadnego innego.

Pewnego dnia z samego rana do głowy chłopca wpadł pomysł, żeby pojechać               z rodzicami do Wesołego Miasteczka. Natychmiast oznajmił ten pomysł rodzicom,     na co oni się zgodzili i powiedzieli, że pojadą zaraz po obiedzie. Z każdą chwilą pomysł ten rósł i rósł tak, że po śniadaniu zajmował już prawie całą głowę chłopca. Na żadne inne pomysły nie było już miejsca.

Niestety między drugim śniadaniem a obiadem na niebie pojawiły się ciemne chmury.   Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej i były coraz ciemniejsze. Gdy był już czas na obiad, z chmur zaczął padać gęsty deszcz, a silny wiatr wyginał drzewa                  na wszystkie strony. Rodzice chłopca powiedzieli, że w takim razie niestety nie będą mogli jechać do Wesołego Miasteczka. Gdy tylko chłopiec to usłyszał, bardzo się zdenerwował. Jak to?! Przecież on chciał dziś jechać! Tak miał pomysł!

Mama i tata próbowali zaproponować mu inne pomysły: wspólne gry planszowe, domowe kino z bajkami, pieczenie ciastek. Ale on nadal upierał się, że chce jechać     do Wesołego Miasteczka.

– Nie podobają ci się nasze pomysły? – Pytali rodzice, którzy byli trochę zasmuceni       a trochę zdenerwowani.

– Nie! Nie! Nie! – Upierał się chłopiec. – Już mam swój pomysł z Wesołym Miasteczkiem. Nie chcę innych pomysłów.

I bardzo rozgniewany poszedł do swojego pokoju. Z miną groźną jak u atakującego lwa chłopiec usiadł przy swoim biurku i patrzył, jak za oknem szaleją deszcz i wiatr. Ale ani deszcz ani wiatr nic sobie nie robiły z jego groźnej miny i szalały dalej na całego.         W końcu chłopiec zmęczony i znudzony tym siedzeniem zasnął z głową opartą o biurko.

Gdy tak spał, nagle ze środka jego ucha wygramoliło się coś, co przypominało maleńką żółtą chmurkę. Chmurka podeszła na brzeg biurka, spojrzała w dół i zawołała cichutko:

– Hej, chodźcie już, on śpi!

Wtedy spod biurka wygramoliły się trzy inne chmurki. Każda była w innym kolorze: niebieskim, zielonym i czerwonym. Kiedy już stanęły wszystkie obok siebie, żółta chmurka zapytała?

– To co wskakujecie?

– Wskakujemy! – Odpowiedziały pozostałe chmurki.

I wszystkie trzy podeszły do ucha chłopca, a potem wskoczyły jedna na drugą, tworząc drabinę. Zielona chmurka, która była najwyżej, próbowała teraz wejść do ucha. Niestety w tym momencie czerwona chmura kichnęła i cała drabina się posypała. Chmurki         z łoskotem pospadały z powrotem na biurko. Słysząc ten hałas, chłopiec otworzył oczy i zdziwiony patrzył na te niezwykłe stworki.

– Kim jesteście? – Zapytał.

Chmurki trochę przestraszone nie miały jednak innego wyjścia i musiały przedstawić się chłopcu.

– Jesteśmy pomysłami. – Powiedziała żółta chmurka. – Ja jestem twoim pomysłem, żeby pojechać do Wesołego Miasteczka. A to są pomysły twoich rodziców:

Wspólne granie w gry planszowe – Ukłoniła się niebieska chmurka

Domowe kino z bajkami – Ukłoniła się zielona chmurka

Pieczenie ciastek – Ukłoniła się czerwona chmurka

– Nie chciałeś ich wpuścić do swojej głowy, a bardzo chciały tam wejść i pomóc ci miło spędzić czas z rodzicami, więc próbowały się wdrapać po kryjomu. Nie wyganiaj ich proszę.

Trzy kolorowe chmurki wlepiły w chłopca proszące spojrzenia.

– Ojej, ja, ja… – Wyjąkał chłopiec zakłopotany. – Ja nie wiedziałem, przepraszam, że was nie wpuściłem, wyglądacie bardzo zabawnie.

– A więc, wpuścisz nas? – Zapytały nieśmiało?

– Jeśli nadal chcecie, to wskakujcie.

Chmurki odetchnęły z ulgą i uśmiechnęły się do niego, a potem wskoczyły przez ucho do jego głowy.

A chłopiec także się uśmiechnął się i z głową pełną pomysłów poszedł do swoich rodziców, zastanawiając się, który pomysł ma być pierwszy.

Tymek, Samoś i Inaczek

Był sobie raz chłopiec o imieniu Tymek. Najbardziej lubił on wszystko to, co już dobrze znał: swoich rodziców, swój dom, swojego przyjaciela Kubę, stare trampki, które już go trochę cisnęły w palce, miodowe płatki z mlekiem na śniadanie, Panią Basię z przedszkola i drogę przez las, którą co rano jeździł z tatą… no i jeszcze najbardziej lubił pewnego stworka, który zawsze mu towarzyszył. To był taki mały, śmieszny stworek, którego wygląd, głos i nawet zapach Tymek znał już na pamięć. Gdy Tymek widział tego stworka, to czuł się bardzo dobrze i bezpiecznie. Ten stworek miał takie długie imię … zaraz zaraz, muszę sobie przypomnieć, co to za dziwne imię… Aha już wiem, ten stworek miał na imię: TAK SAMO JAK ZAWSZE. Nie przesłyszałeś się, to właśnie jego imię: TAK SAMO JAK ZAWSZE. Żeby było łatwiej, będziemy go nazywać w skrócie SAMOŚ.

Samoś towarzyszył Tymkowi już od rana w czasie śniadania, gdy Tymek jadł swoje ulubione płatki miodowe. Później jechał z nim i z tatą do przedszkola, tą samą co zwykle drogą przez las. Gdy docierali na miejsce, Samoś szybko biegł przed nimi, żeby zawołać ulubioną Panią Basię i sprawdzić, czy na pewno jest już Kuba. Gdy już to zrobił, Tymek mógł razem z nim iść do swojej najlepszej w całym przedszkolu sali. Przez cały czas Tymek starał się mieć na oku Samosia, bo przy nim czuł się bezpiecznie. Gdy zbliżał się podwieczorek, Samoś dawał znać, że już za chwilę przyjdzie mama zabrać Tymka do domu. Tymek od tego momentu czekał już gotowy do wyjścia.

Ale pewnego dnia wszystko od początku zaczęło się jakoś dziwnie. Tymek wstał rano na śniadanie. Wygodnie rozsiadł się na swoim krześle w kuchni i już chwytał za łyżkę, gdy … ojej! W misce zamiast miodowych płatków była owsianka! Rozejrzał się niepewnie dookoła i nagle zobaczył, że zamiast jego ukochanego stworka o imieniu TAK SAMO JAK ZAWSZE, na drugim krześle siedzi jakiś zupełnie inny stworek. Ten stworek chciał się przywitać z Tymkiem, ale chłopiec odrazu go wygonił przez okno (nie martw się, takie stworki nie mają kości jak ludzie, są takie bardziej gumowe, więc nic mu się nie stało, gdy wyskoczył przez okno). Tymek zaniepokoił się, że nie ma Samosia i wcale nie miał ochoty na owsiankę.

Po nieudanym śniadaniu Tymek wsiadł z tatą do auta, żeby pojechać do przedszkola. Tata powiedział, że pojadą dziś inną drogą, bo musi jeszcze wstąpić na chwilę do Pana Bartka i coś załatwić. Tymek otworzył oczy ze zdumienia. Chciał coś powiedzieć do Samosia, ale jego nie było, a na jego miejscu siedział znów ten inny stworek. Tymek uchylił szybę auta i kazał mu zmykać. Wcale go nie obchodziło, że Stworek uśmiechał się do niego i wyciągał rękę na przywitanie. Był już bardzo zaniepokojony. Przez całą drogę wiercił się niespokojnie i kopał nogami w przedni fotel, tak że aż tata zerkał na niego lekko zdenerwowany.

Ale to jeszcze nie koniec. W przedszkolu stała się rzecz dla Tymka najstraszniejsza. W korytarzu nie przywitała go ulubiona Pani Basia tylko Pani Ela, nigdzie nie widział też Kuby a zamiast Samosia … no nie … to znowu ten dziwny stworek, czego on tu chce?! Tego już Tymek nie wytrzymał. Rozpłakał się z całych sił i za nic w świecie nie chciał wejść do sali. Tata i Pani Ela patrzyli zdumieni. Stworek chciał pocieszyć Tymka i podszedł do niego, ale wtedy Tymek nakrzyczał na niego:

– Idź sobie, nie chcę cię tu, nie lubię cię!

Stworek cofnął się zasmucony i wystraszony, a Tymek uciekł do kąta. Tata podszedł do niego i mocno go przytulił. A potem cichutko rozmawiał z nim przez chwilę. Nikt nie słyszał o czym. Może Ty się domyślasz, co tata mógł powiedzieć Tymkowi? To musiało być coś bardzo ważnego i coś bardzo mądrego, bo potem Tymek zgodził się porozmawiać z tym innym stworkiem.

Stworek przedstawił się Tymkowi:

– Nazywam się INACZEJ NIŻ ZWYKLE, ale możesz na mnie mówić INACZEK. Jeszcze się nie znamy, ale bardzo chciałbym cię poznać i powoli się z tobą zaprzyjaźnić, jeśli mi na to pozwolisz.

Tymek patrzył na niego nieufnie, więc Inaczek znów się odezwał.

– Powiedziałeś, że mnie nie lubisz, ale przecież jeszcze mnie nie znasz. Jeśli dasz mi       szansę, może się okazać, że ja też jestem fajny. Będziesz mógł mnie polubić tak jak Samosia.

Tymek zauważył, że stworek jest trochę zasmucony. To pewnie przez to, że tak na niego nakrzyczał.

– Dziś nie ma Pani Basi i Kuby. – Powiedział zmartwiony Tymek.

– To może dasz szansę Pani Eli i innym kolegom? – Zapytał Inaczek. – Oni też mogą być fajni. A przecież Pani Basi i Kuby też kiedyś nie znałeś. Musiałeś dać im szansę, żeby ich poznać.

Tymek zastanowił się prze chwilę.

– No dobrze, spróbuję. – Powiedział w końcu. Potem spokojnie już pożegnał się z tatą i wszedł do sali razem z Panią Elą.

Inaczek okazał się być sympatycznym i pomocnym stworkiem. Pomógł Tymkowi poznać nowych kolegów, z którymi wcześniej chłopiec się nie bawił. Pani Ela też była miła. Tymek czuł się dobrze, mimo że nie było przy nim Samosia. Pomyślał nawet, że jutro rano spróbuje na śniadanie owsianki.

Dziwak z Wyspy Środkowej

Na wielce-olbrzymim i wielce-głębokim Oceanie Szmaragdowym, wśród pląsających, wysokich fal rozsiane były maleńkie wyspy. Każda pokryta bursztynowym, gorącym piaskiem i porośnięta różnymi gatunkami drzew i roślin. Jedną z wysp (nazwijmy ją Wyspą Środkową, bo znajdowała się w samym sercu Oceanu Szmaragdowego) zamieszkiwali wysocy i szczupli ludzie o jasnych włosach i jasnej skórze. Z jednej wyspy do drugiej było bardzo daleko, tak daleko, że żaden z mieszkańców Wyspy Środkowej nie wiedział o istnieniu tej drugiej i trzeciej, i czwartej… i nie wiadomo, której jeszcze wyspy. Krążyły jednak legendy przekazywane od lat, że gdzieś daleko, daleko za horyzontem znajdują się jakieś inne lądy. Nikt jednak nie wierzył za bardzo w te bajki, a nawet gdyby ktoś wierzył, to nikt nie miałby ochoty tego sprawdzać, bo wszyscy ludzie czuli się tu ze sobą bardzo dobrze. Byli do siebie podobni z wyglądu i z charakteru, lubili też robić te same rzeczy.

Aż pewnego dnia na wyspie urodził się chłopiec, który na początku wyglądał i zachowywał się tak samo jak inne dzieci, ale im bardziej rósł, tym bardziej stawało się jasne, że różni się on od pozostałych ludzi. Był on niższy i tęższy od innych, miał ciemniejsze włosy i skórę, a na dodatek, jakby tego było mało, coraz bardziej różnił się od innych charakterem i zainteresowaniami. Podczas gdy inne dzieci biegły z głośnym krzykiem kopać piłkę i szalały wśród tańczących fal, on siadał pod drzewem i czytał książkę, a czasami kreślił coś patykiem po piasku, intensywnie się temu przypatrując. Czasami wspinał się na wysokie drzewa i rozglądał dookoła. Ludzie z przymrużeniem oka patrzyli na stawiane przez niego z gałęzi budowle i opowiadane przez niego historie o podróżach w dalekie strony. Mówili mu często, żeby zamiast marnować czas, zajął się czymś pożytecznym. Niektórzy zaczęli nazywać go dziwakiem, a z czasem przezwisko to przykleiło się do niego na dobre.

Raz w roku, w Święto Księżyca mieszkańcy obdarowywali się nawzajem darami. Nie były to jednak zwyczajne podarunki, jakie można by kupić w sklepie, bo na wyspie nie było ani sklepów ani pieniędzy. Obdarowywano się jednak tym, co każdy mógł i chciał podarować drugiej osobie – Szacunkiem, Podziwem, Szczerością, Zaufaniem oraz najcenniejszym podarkiem, Przyjaźnią.

W dziesiąte Święto Księżyca po swoim urodzeniu chłopiec jak zwykle obserwował ludzi, którzy podchodzą do siebie, niosąc w dłoniach srebrzyste kłęby księżycowej poświaty. Kłęby te przekazywali sobie z rąk do rąk, a wtedy przybierały one różne kształty symbolizujące ofiarowywany podarek. Co roku chłopiec marzył o tym, by i jemu ktoś podarował Przyjaźń lub Sympatię. Jednak najczęściej otrzymywał od innych Zdziwienie, a czasem ktoś podrzucił mu Obojętność. Chłopiec przywykł już do tego, jednak z każdym kolejnym Świętem Księżyca coraz bardziej doskwierała mu samotność i coraz bardziej rozmyślał o tym, czy rzeczywiście Szmaragdowy Ocean kryje wśród swoich fal jeszcze inne wyspy, gdzie mógłby spotkać kogoś podobnego do siebie. Rozmyślając tak teraz, spojrzał w wyjątkowo spokojną tego wieczoru taflę wody i zobaczył w niej swoje odbicie.

Jestem inny. Pomyślał. A ponieważ rzeczywiście tak było, chłopiec miał też umiejętność, której nie miał nikt inny na wyspie. Potrafił na każdą sprawę spojrzeć inaczej niż pozostali. I teraz także powiedział sam do siebie w myślach: Gdzieś na pewno jest ktoś, kto jest do mnie podobny.

Zaczął wypytywać sąsiadów o to, czy wiedzą coś o innych lądach, ale wtedy patrzyli na niego z jeszcze większym zdziwieniem i śmiali się do siebie nawzajem. Chłopiec postanowił więc sam się tego dowiedzieć. Coraz częściej czytał teraz różne książki i nikt nie wiedział, że były to historyczne i podróżnicze książki sprzed wielu lat. Były tam czarno-białe rysunki przedstawiające mapy, statki, kompasy. Chłopiec sam kreślił też różne rysunki na piasku, a w czasie gdy inni wspólnie się bawili, on przeszukiwał zapomniane przez wszystkich podziemne skrytki, odkładając na bok znalezione przedmioty. Od czasu do czasu znikał gdzieś na bocznej plaży i wracał dopiero wieczorem bardzo zmęczony. Nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy przyzwyczaili się, że chłopiec ma swoje „dziwne” zainteresowania. Aż pewnego dnia chłopiec przybiegł na główną plażę bardzo uradowany.

– Skończyłem! Gotowe! – Krzyczał, śmiejąc się. – Mogę już teraz wyruszyć!

– Dokąd chcesz wyruszyć? – Pytali ludzie trochę zaskoczeni a trochę rozbawieni.

– Wyruszam w poszukiwaniu innych wysp. – Powiedział chłopiec z taką oczywistością w głosie jakby mówił, że dziś jest poniedziałek. – Przecież już dawno wam to mówiłem.

Kilka osób zaśmiało się, jedna Pani machnęła ręką i poszła dalej, a jakiś Pan przewrócił oczami, mówiąc pod nosem „Ten znowu coś wymyśl, poszedłby lepiej w piłkę pograć, jak każdy normalny chłopak„. A potem wszyscy się rozeszli, zostawiając chłopca samego. A on podniósł z ziemi kamyk i cisnął nim z wściekłością w wodę.

– W następne Święto Księżyca dam wam ZNIELUBIENIE! – Krzyknął rozzłoszczony. – Jeśli nadal tu z wami będę. – Dodał już cichutko.

Ale i tak nikt go już nie słyszał. Chłopiec pobiegł między drzewa i przytaszczył za sobą łódkę. Budował ją starannie i pracowicie przez ostatnich kilka tygodni, z materiałów, które znalazł. Najbardziej jednak dumny był ze znalezionego starego kompasu. Wypolerował go teraz dokładnie, pocierając o swoją koszulkę, wziął jeszcze plecak, do którego spakował jedzenie i picie, a potem wepchnął łódkę do wody i wskoczył na jej pokład.

– Kierunek północ, Kapitanie! – Wykrzyknął sam do siebie.

Płynął tak długo, że zrobił się już głodny, a do głodomorów nie należał. I gdy już w jego żołądku odbywał się prawdziwy głodowy koncert, wtedy zobaczył na horyzoncie wyłaniający się powoli ląd.

– To musi być Wyspa Północna! – Powiedział Kapitan znów sam do siebie.

Na spotkanie wybiegł mu chłopiec o kręconych włosach i rumianej buzi.

– Skąd przybywasz? – Zapytał, mierząc go ciekawskim spojrzeniem?

– Z południa, z samego serca oceanu. – Odpowiedział podekscytowany tym spotkaniem mały kapitan.

– A jak masz na imię?

Na to pytanie chłopiec zamyślił się i zasmucił odrobinę.

– Zapomniałem. – Powiedział po chwili. – Wszyscy od dawna mówią na mnie Dziwak.

– Na mnie też tak mówią! – Zawołał ten w kręconych włosach. – Ale, nie możemy przecież mieć takiego samego imienia. Czy mogę wymyślić imię dla ciebie?

– Pewnie!

– Hmmm… Będę cię nazywać… Środkowy, bo przybyłeś ze środka Oceanu.

– Podoba mi się! – Opowiedział uradowany. – A więc ty będziesz Północny, bo mieszkasz na     północy.

– Ha! – Zawołał wesoło ten drugi i razem klasnęli w swoje dłonie.

– Chodź, oprowadzę cię po mojej wyciszalni. – Powiedział Północny.

– Co to takiego WYCISZALNIA?

– No wiesz, to takie miejsce, do którego mnie odsyłają, gdy już jestem za głośno i gdy im za bardzo przeszkadzam. Bo na mojej wyspie wszyscy oprócz mnie są bardzo spokojni. Potrafią godzinami siedzieć w ciszy i bez ruchu, grają w szachy albo czytają książki. A o mnie mówią, że opanowały mnie mrówki i dlatego ciągle się ruszam i hałasuję i często mają mnie dość.

Środkowy słuchał tego z zaciekawieniem.

– U mnie jest trochę odwrotnie. Wszyscy lubią biegać i grać w piłkę, a ja wolę czytać albo coś budować.

Chłopcy patrzyli na siebie w milczeniu. Wyglądało na to, że bardzo się od siebie różnią, ale mimo to każdy z nich poczuł, że lubi tego drugiego.

Środkowy oprowadził Północnego po wyspie i przedstawił go pozostałym mieszkańcom. Ludzie, widząc spokojny charakter chłopca, uśmiechali się do niego życzliwie, co było dla niego dużym zaskoczeniem.

– Widzisz? – Powiedział Północny. – Pasowałbyś tutaj, wszyscy by cię polubili, bo jesteś do nich podobny, nie tak jak ja.

– Ty pasowałbyś do mojej wyspy. – Odpowiedział Środkowy. – Tam też by cię polubili.

Środkowy postanowił zostać jakiś czas na Wyspie Północnej. I chociaż rzeczywiście swoim spokojnym usposobieniem przypominał jej mieszkańców, to bardzo dobrze czuł się w towarzystwie swojego rozbieganego kolegi. Gdy się spotykali w wyciszalni, to Środkowy zazwyczaj siedział pod drzewem, rysując na piasku różne mapy i znaki, o których z zaangażowaniem opowiadał Północnemu. A Północny zwykle biegał wtedy wokół niego, od czasu do czasu zerkając na jego rysunki i wykrzykując „Aha!” albo „Oooo!”, gdy coś go szczególnie zaciekawiło. A gdy już obaj się zmęczyli, to kładli się na plaży i obserwowali chmury. Środkowy leżał cicho i spokojnie, Północny nucił coś pod nosem i turlał się z boku na bok.

Tymczasem na Wyspie Środkowej ludzie zaczęli odczuwać nieobecność Dziwaka. Wszystko wokół nich wydawało im się teraz nudne, nieciekawe, identyczne. Wszyscy wciąż gdzieś biegali, o czymś głośno rozmawiali, grali w piłkę. Nie było wokół nic nowego, interesującego, na co można by zwrócić uwagę. Ludzie poczuli nieśmiało, że tęsknią za swoim Dziwakiem.

A on na wyspie Północnej doczekał kolejnego Święta Księżyca. Tutaj ludzie także wręczali sobie podarki. I gdy nadszedł wieczór wszyscy zebrali się na plaży przy ognisku. Chłopcy siedzieli trochę dalej od pozostałych i obserwowali, jak ludzie zaczynają obdarowywać się nawzajem.

– Ja też mam dla ciebie prezent. – Powiedział nieśmiało Północny. – Ale nie wiem, czy go przyjmiesz.

Z opadającej na ziemię księżycowej poświaty chłopiec uformował kłębek i wręczył go swojemu koledze ze środka oceanu. Gdy Środkowy wziął kłębek, przybrał on najpiękniejszy dla niego kształt. Kształt przyjaźni.

– To najlepszy prezent jaki w życiu dostałem! – Powiedział uradowany i również uformował kłębek księżycowej poświaty. – Chcę ci podarować to samo. – Dodał, kładąc kłębek na dłoni Północnego.

Chłopcy wymienili pierwszy przyjacielski uścisk i z dumą przyglądali się swoim tegorocznym podarkom. A następnego dnia Środkowy zaproponował Północnemu:

– Popłyńmy razem szukać nowych wysp. Jeśli moja wyspa jest w sercu oceanu, a twoja jest na północy, to na pewno jest jeszcze Wyspa Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Może i tam spotkamy nowych przyjaciół.

Północnemu spodobał się ten pomysł i tego samego dnia chłopcy wyruszyli w podróż. Swoje przygody i odkrycia zapisywali w specjalnym dzienniku pokładowym, który zatytułowali:

Przygody Poszukiwaczy Przyjaźni na Oceanie Szmaragdowym

                Minął rok, gdy postanowili, że czas wracać do swoich domów. Przyjaciele pożegnali się serdecznie, a  Środkowy obiecał Północnemu, że za kolejny rok przypłynie po niego, by tym razem zabrać go do siebie.

Środkowy wrócił na swoją wyspę w dzień Święta Księżyca. Zdziwił się, że wiele osób przywitało go z uśmiechem, pytając, co u niego słychać. A wieczorem przy blasku księżyca kilka osób podeszło do niego, niosąc swoje podarunki. Tym razem nie było to jednak zdziwienie ani obojętność ale coś zupełnie odmiennego. To było… zainteresowanie i zaciekawienie. Ludzie ci usiedli obok niego i poprosili, żeby opowiedział im o swoich przygodach. A gdy mówił, to nie podśmiewali się złośliwie, ale uśmiechali życzliwie, bo zrozumieli, że ten chłopiec, który się od nich różni, nie jest kimś dziwnym, ale kimś wyjątkowym. I choć wcześniej uważali, że do nich nie pasuje, to teraz pomyśleli, że dzięki niemu ich codzienne życie jest ciekawsze.