Archiwum kategorii: Bajki

Życzliwa Pchła

Bajka w wersji do posłuchania tutaj

W Wielkim Lesie mieszkały różne zwierzęta. Większość z nich żyła ze sobą w zgodzie. Ale wśród nich były też małpy, które zachowywały się w bardzo złośliwy sposób. Gdy się śmiały, to tylko z innych. Ten był za niski, tamten za chudy, ten nie umiał malować, a tamten śpiewać. Zamiast pomocnej dłoni podstawiały innym nogi. Zamiast miłych słów, mówiły złośliwości. Nikt już nie pamiętał ich imion, bo mówiły do siebie tylko przezwiskami. Wszystkie inne zwierzęta dookoła miały tego dość. Postanowiły więc, że trzeba coś z tym zrobić.

– Niech idzie do nich lew. – Orzekły zwierzęta. – Jest groźny i surowy. Jak na nich ryknie, to się w końcu kogoś wystraszą i zaczną się dobrze zachowywać.

No i lew poszedł. Ryknął. Zrobił groźną minę. Pokazał kły i pazury. Małpy trochę się wystraszyły. I chwilę siedziały cicho. Lew dumny jak paw odszedł. A gdy tylko się oddalił, małpy zerwały się jak szalone i rozbiegły na wszystkie strony, robiąc innym złośliwe żarty.

Zwierzęta znów się naradzały.

– Niech sowa z nimi pogada. Ona jest najmądrzejsza. Wszystko im wyjaśni i jej posłuchają.

No i sowa poszła. A raczej pofrunęła. Wyprostowała się. Zrobiła poważną minę. Uniosła palec w górę, by podkreślić ważność swoich słów. I mówiła. Mówiła długo trudnymi słowami. Małpy słuchały, robiły mądre miny, że rozumieją. Kiwały głowami, że się zgadzają i obiecują poprawę. Sowa odfrunęła bardzo z siebie zadowolona. A gdy tylko zniknęła w powietrzu, małpy zachichotały i rozpierzchły się po lesie.

Zwierzęta stwierdziły bezradnie, że nic już nie da się zrobić ze złośliwymi małpami i że skoro one są niemiłe, to wszyscy inni też dla nich tacy będą.

 Pewnego dnia do tej krainy zawitała przejazdem (a raczej przeskokiem) maleńka życzliwa pchła. Oczywiście nikt nie był w stanie jej zobaczyć, tak była mała.

Pchła nic nie mówiła. Tylko patrzyła i słuchała z zaciekawieniem. I po chwili dostrzegła, że małpy wcale nie są cały czas złośliwe.

Pchła właśnie obserwowała, jak Jasnobrązowa małpa próbuje zbudować dom z patyków i gałęzi. Wkładała w to mnóstwo pracy. Ale chyba nie była z siebie zadowolona.

Pchła skoczyła na jej ramię, wspięła się wyżej i szepnęła do ucha:

– Twoja praca jest bardzo ważna. Życzę ci powodzenia.

Jasnobrązowa małpa rozejrzała się dookoła. Nikogo nie zobaczyła, ale słowa, które usłyszała, wywołały uśmiech na jej twarzy i ponownie wzięła się do pracy.

Kawałek dalej pchła zobaczyła Kasztanoworudą małpę, która cichutko pod nosem śpiewała sobie piosenkę. Rozglądała się też niepewnie dookoła, jakby bała się, że ktoś ją zobaczy i usłyszy.

Pchła podskoczyła do niej i szepnęła do ucha:

– Bardzo przyjemnie jest słuchać, gdy śpiewasz.

Małpa najpierw zaczerwieniła się zawstydzona. Ale po chwili zrobiło jej się tak miło, że uśmiechnęła się i śpiewała dalej.  A pchła ruszyła przed siebie w podskokach.

Tym razem zatrzymała się przy Ciemnobrązowej małpie, która próbowała zdjąć z jabłka malutki włos – widocznie miała ochotę na jabłko, a ten włos jej przeszkadzał. Niestety swoimi dużymi palcami nie potrafiła chwycić maleńkiego włoska. Bardzo ją to denerwowało i męczyło. Była już bliska płaczu.

Pchła poczuła sympatię dla tej zmęczonej małpy. Skoczyła na jabłko i szybko strąciła włosek na ziemię. Zdumiona i uradowana jednocześnie małpa szybko schrupała jabłko i poczuła wielką ulgę.

A pchła ruszyła dalej.

Nad brzegiem strumyka siedziała ze spuszczoną głową Prawieczarna małpa i kreśliła coś palcem na piasku. Pchła podskoczyła bliżej i zobaczyła na piasku napis „Nikt mnie nie lubi”. Pchle, która była bardzo życzliwym stworzonkiem, zrobiło się smutno. Wpadł jej też do głowy pewien pomysł.

Szybko zawróciła, by odnaleźć znów trzy małpy, które niedawno spotkała. Każdej z nich szepnęła do ucha, że Prawieczarna małpa potrzebuje ich pomocy. Małpki, choć nie wiedziały dlaczego, poczuły, że chcą jej pomóc i szybko ją odnalazły. Gdy zobaczyły, że siedzi smutna i zobaczyły, co napisała na piasku, to nie wiedziały, co mają zrobić. Przecież do tej pory robiły różne złośliwe rzeczy.

– Po prostu bądźcie życzliwe. – Szepnęła do nich pchła.

Małpy usiadły więc obok niej i bardzo delikatnie ścisnęły jej łapki. Siedziały razem w ciszy. A po chwili Prawieczarna małpa odwzajemniła ten życzliwy uścisk i zmazała łapką napis na piasku.  

Wszystkie cztery pierwszy raz od dawna czuły się dobrze w swoim towarzystwie dzięki temu, że ktoś inny okazał im życzliwość. Postanowiły więc, że teraz przekażą tą życzliwość dalej. Jedna z nich poszła więc na północ, druga na południe, trzecia na wschód, a czwarta na zachód. A gdy napotkały kogoś na swojej drodze, przekazywały życzliwy uśmiech, słowo lub gest.

Pchła siedziała wysoko na drzewie i z radością w sercu obserwowała, jak życzliwość zatacza coraz większe kręgi w Wielkim Lesie.

Co się stało w lesie?

Bajka w wersji do posłuchania tutaj

Był sobie raz taki wielki, wielki las… A w tym wielkim, wielkim lesie było bardzo, bardzo… GŁOŚNO!!!

AAAAAA!!! – Krzyczały wiewiórki, grając w orzechy. A orzechy śmigały od jednego drzewa do drugiego. ŚMIG, ŚMIG.

JUPI!!! – Radowały się myszy, wyskakując na siebie z wysokiej trawy.

Ptasi chór doskonalił swój śpiew. LALALALA LOLOLOLO.

Dzięcioł stukał w drzewo, ucząc małe dzięcioły matematyki i liczenia.

– Trzy stuknięcia STUK STUK STUK dodać dwa stuknięcia STUK STUK to równa się pięć stuknięć STUK STUK STUK STUK STUK.

Wygłupialskie jeże wymyśliły zawody w trafianiu żołędziami w swoje kolce.

Taka „dzika impreza”, jak to mawiały dziki, trwała w lesie cały rok.

Tylko doktor Sowa nie miał czasu na zabawę, bo pod jego gabinetem wciąż czekał jakiś pacjent.

– Doktorze, ciągle boli mnie głowa.

– Doktorze, spać nie mogę.

– Doktorze, chodzę jakiś rozdrażniony, wszystko mnie denerwuje.

– Doktorze, Doktorze, Doktorze…

Doktor Sowa wg Leona, lat 7

Oprócz zwierząt leśnych przychodzili też inni, np. liście:

– Doktorze, nikt nie zwraca na nas uwagi, choć przez cały rok zmieniamy kolory, nikt na nas nie patrzy.

Liść Zenek, autor: Tymon, lat 4

Przychodził wiatr:

– Doktorze, nikt już nie wsłuchuje się w moje odgłosy, straciłem sens wiania.

Przypłynął też strumyk:

– Doktorze, nikt nie siada już nad moim brzegiem, nie ogląda kamyków, które tak starannie wygładziłem.

Doktor Sowa aż łapał się za głowę… o co chodzi, o co chodzi? Aż w końcu zamknął gabinet i poleciał wysoko, wysoko… Jeszcze trochę wyżej… Usiadł na wierzchołku najwyższego drzewa i patrzył… i słuchał. Cały las tonął w hałasie.

– To wiele wyjaśnia. – Powiedział do siebie doktor Sowa. – Ból głowy, bezsenność, rozdrażnienie… w takim hałasie ciężko zatrzymać się nad pięknem liści, kamieni, czy szumem wiatru. Muszę zawołać Ją na pomoc, niech przyjdzie czym prędzej.

I pofrunął w najdalszy, najciemniejszy zakątek lasu. A gdy wrócił, Ona przyszła razem z nim. Szła bardzo powoli i spokojnie. Zdania na temat jej wyglądu były bardzo podzielone. Każdy zapamiętał ją jakoś inaczej.

Pani Cisza wg Marysi, lat 6

Udała się na polanę i usiadła na trawie. Zaciekawione zwierzęta przybiegły szybko i usiadły obok niej, przyglądając jej się uważnie.

– Witajcie. – Powiedziała z uśmiechem. – Jestem Cisza. Przyszłam, żeby spędzić z wami trochę czasu. Później sobie pójdę, ale teraz gdy tu jestem, możecie przy mnie chwilę odpocząć. Możecie się odprężyć i zrobić w głowie miejsce na nowe pomysły.

Niektóre zwierzęta bardzo się ucieszyły. Od razu rozsiadły się wygodnie, zamknęły oczy i zaczęły spokojnie oddychać. Inne patrzyły niepewnie dookoła, nie wiedząc, co mają robić. Zając, który nie potrafił przestać kicać, po 5 sekundach spokojnego siedzenia, zaczął oczywiście kicać znowu. Borsuk stwierdził, że takie siedzenie jest strasznie nudne i bardzo się zdenerwował, a nawet obraził.

No i w końcu było tak, że niektóre zwierzęta próbowały się odprężyć, ale zając kicał i wciąż któreś popychał. Więc poprosiły go, żeby kicał trochę dalej od nich, tak żeby na nikogo nie wpadał. Dwie wiewiórki miały sobie wciąż tyle do powiedzenia, że nie mogły przestać mówić. Cisza zaproponowała więc, żeby spróbowały powiedzieć to wszystko w swoich myślach – najpierw bardzo głośno, a potem coraz ciszej.

A borsuk siedział nadal zdenerwowany.

Po kilku chwilach Cisza podziękowała wszystkim za wspólny czas i odeszła. I także po chwili las i zwierzęta wróciły do wcześniejszego stanu – czyli do głośności.

Ale na drugi dzień Cisza znów przyszła. Zwierzęta zdziwiły się, ale też ucieszyły. Tego dnia było podobnie jak poprzedniego. Część zwierząt odpoczywała. Zając kicał, borsuk się denerwował, wiewiórki szeptały sobie coś do ucha. I znów Cisza po chwili podziękowała i poszła.

A następnego dnia… Tak to znowu ona.

Tym razem zając spróbował chwilę posiedzieć i odpocząć, bo jego kolega królik powiedział mu, że po tym odpoczynku z Ciszą czuł się o wiele lepiej. Więc zając też chciał spróbować.

Borsuk stwierdził, że może i on spróbuje, a co mu szkodzi?

A wiewiórki, gdy zorientowały się, że naprawdę wszyscy próbują, to i one chciały też.

No więc dziś był taki dzień, gdy wszystkie zwierzęta spróbowały przez chwilę odpocząć. I wiecie co… Przez chwilę było naprawdę cicho…

I wtedy zając usłyszał szum wiatru. Borsuk zauważył jesienne kolorowe liście. Jedna z wiewiórek wzięła do ręki kamień i przyglądała mu się w skupieniu, a druga po prostu czuła, jak jej brzuch podnosi się i opada, gdy ona oddycha.

Po chwili Cisza odeszła.

I przychodziła już codziennie. A zwierzęta powoli przyzwyczaiły się do jej obecności i coraz lepiej się z nią czuły.

               – Jak tam głowa? – Pytał doktor Sowa swoich pacjentów.

               – Dziękuję, już nie boli.

               – Jak Pan sypia?

               – Lepiej doktorze, dziękuję.

               – A rozdrażnienie?

               – Już bardzo niewielkie, dziękuję.

W lesie zrobiło się spokojniej. Zwierzęta oprócz żartów, zabawy i wygłupów, ciekawiły się też tym, co dookoła – barwnymi liśćmi, szumem wiatru, chętnie siadały przy strumyku i łowiły różnokształtne kamyki.

Cisza przychodzi do nich codziennie, ale odwiedza też inne miejsca. Więc jeśli chcielibyście się z nią spotkać, lepiej szybko sprawdźcie jej grafik na najbliższy tydzień 😉

Niemiś

Zastanawiacie się, co to za dziwne imię NIEMIŚ? Niemiś to taki mały miś, który często mówił NIE… bardzo często… tak często często często:
– Zjedz zdrową zupkę warzywkową.
– NIE!
– Jest zimno, ubierz płaszczyk.
– NIE!
– Pospiesz się, musimy już iść.
– NIE!
– Podaj łapkę wiewiórce Marcysi.
– NIE!
– O jaki ładny, mały miś!
– NIE!
I tak cały dzień, i tak w kółko, do mamy, do babci, do pani i pana.
To było tak, jakby balonik w kształcie słowa NIE przyczepił się do misiowej łapki i dyndał nad nim cały czas. Dyndu dyndu.
Miś Niemiś lubił swój balonik. To był taki bardzo ważny balonik, dzięki któremu miś mógł być inny niż inni. Inny niż mama. Inny niż tata. Inny niż babcia. Inny niż wiewiórka Marcysia i zając Henio. Ale ci inni nie lubili balonika. Gdy go widzieli i słyszeli, ich twarze robiły się czerwone, a powieki drgały niebezpiecznie. Marzyli o tym, żeby miś w końcu powiedział TAK. Marcysia i Henio mówili TAK:
– Zjesz kalafior?
– TAK!
– Ubierzesz zielone skarpety?
– TAK!
– Posiedzisz cichutko na dywaniku?
– TAK!
– Dasz buziaka cioci Basi?
– TAK!
Ale im bardziej ktoś próbował zmusić misia do powiedzenia TAK, tym bardziej on mówił NIE. Mama i tata starali się zrozumieć, że ich synek potrzebuje tego swojego balonika, bo dzięki niemu jest sobą, misiem innym niż wszyscy inni. Ale czasami było to dla nich bardzo trudne. Wtedy złościli się lub smucili. Lub jedno i drugie.
Pewnego dnia Niemiś, Marcysia i Henio bawili się w lesie koło starej sosny. Tak naprawdę, to Henio bawił się z Marcysią, bo gdy chcieli obejrzeć autko Niemisia, ten oczywiście powiedział NIEEEEEE! I tyle było z tego. Nagle podszedł do nich starszy kolega, borsuk Bartek.
– Cześć maluchy. – Powiedział do nich. – Potrzebuję waszej pomocy. Idę zrobić kawał pani Bobrowej i powyrywam jej wszystkie warzywa z ogródka. Ale sam nie dam rady. Pomożecie?
Marcysi i Heniowi nie podobał się ten pomysł. Ale trochę się bali odmówić starszemu koledze. Na szczęście…
– NIE! – Powiedział głośno Niemiś. – Tak głośno powiedział, że aż borsukowi ze zdziwienia oczy zrobiły się wielkie jak nakrętki od słoików po ogórkach. No i poszedł w las.
– Oooo! – westchnęli z podziwem Marcysia i Henio. – Twój balonik ze słowem NIE bardzo nam się przydał. Czy możemy go dotknąć i pogładzić łapkami?
Niemiś zdziwił się, bo pierwszy raz ktoś polubił jego balonik. I razem z wiewiórką
i zajączkiem długo gładzili balonik, ciesząc się, że tak się przydał.
– Chyba twój balonik jest już zmęczony. – Powiedziała Marcysia. – Może odłożymy go na razie na bok, a ty się z nami pobawisz?
Niemiś wystraszył się bardzo, a ze strachu zrobił groźną minę w stronę Marcysi.
– Mam zostawić mój balonik?! – Wykrzyknął. – A co jak odleci i już nie wróci?
Marcysia pomyślała chwilkę i powiedziała bardzo spokojnie.
– To może przywiążemy go wstążką do drzewa i jak będziesz go potrzebować, to go znów zabierzesz? Będzie tu blisko.
Niemiś trochę się wahał, ale ponieważ Marcysia wcale go nie zmuszała, to w końcu się zgodził i przywiązał balonik do drzewa. No i poszedł się bawić. Pozwolił obejrzeć swoje auto. Zgodził się na tańce w trawie. A nawet gdy wołała go mama na kolację, to poszedł.
I wykąpał się po kolacji. Aż mama odetchnęła z ulgą, że taki wieczór spokojny. I podziękowała misiowi za to. Ale balonik miś zabrał oczywiście. Tylko że znalazł dla niego miejsce w swoim domu, gdzie mógłby go czasem przywiązać bezpiecznie. Bo gdy tak leżał sobie w swoim łóżku, czując, jak jego brzuszek spokojnie się podnosi i opada, to myślał sobie, że czasem fajnie jest powiedzieć TAK. A czasem chce być misiem Niemisiem, innym niż wszyscy inni.
I wtedy balonik jest blisko pod ręką. I gdy tak myślał, a brzuch podnosił się i opadał, to
w końcu zasnął. Ciiiiiiiiiiii.
Teraz gdy Niemiś śpi, a jego balonik spokojnie dynda przywiązany do jego łóżka, mogę was zapytać, czy wy też macie taki swój balonik w kształcie NIE? A jeśli macie, to czy macie też takie miejsce, gdzie możecie go czasami bezpiecznie przywiązać? No wtedy gdy np. chcecie, żeby mama odetchnęła z ulgą, że myjecie zęby po kolacji? Jeśli nie macie, to może poszukacie? Tak na wszelki wypadek, żeby zawsze było gdzieś pod ręką 😉

„Wyspa Elfów”

Na środku wielkiego oceanu leżała wyspa elfów, a wokół tej wyspy rozsiane były jeszcze inne maleńkie wysepki. Elfami opiekowała się ich mądra Królowa. Elfy lubiły razem bawić się, pracować i odpoczywać. Ale każdy z nich bardzo chciał być we wszystkim zawsze pierwszy, najlepszy, najważniejszy. Gdy grały w jakąś grę lub wykonywały razem jakieś zadanie, krzyczały głośno jeden przez drugiego:

– Ja, ja będę pierwszy, ja to zrobię najlepiej!

A każdy krzyczał tak głośno, że żaden z nich nie słyszał, co krzyczą inni. Za to wszystkie ich krzyki słyszała Królowa. Elfy często pisały do niej listy z prośbami, a każda z tych próśb brzmiała podobnie:

– Królowo, proszę cię, pozwól mi być najlepszym, najważniejszym z elfów.

Królowa, która bardzo kochała swoje elfy, zastanawiała się, co zrobić, by każdy z nich mógł dostać to, czego potrzebuje.

W końcu wpadła na pewien pomysł.

Gdy elfy już spały, wezwała na pomoc motyle i poprosiła je, by przeniosły każdego elfa osobno na jedną z wysp tak, by każdy z nich miał swoją własną wyspę, na której będzie zawsze pierwszy i najlepszy. Gdy rano elfy obudziły się, były bardzo zdziwione. Każdy znalazł jednak liścik od Królowej:

„Drogi Elfie. Twoje pragnienie zostało spełnione. Oto twoja własna wyspa, na której już zawsze możesz być pierwszy, najlepszy i najważniejszy”.

Elfy jednak nie cieszyły się z tego. Przecież lubiły być razem z innymi elfami, a teraz czują się samotne i nieszczęśliwe.

Królowa też była zdziwiona, że jej pomysł im się nie spodobał. Przez cały dzień krążyła nad wysepkami i rozmawiała z elfami.

– Dlaczego nas rozdzieliłaś? – Pytały elfy.

– Przecież każdy z was pragnie być pierwszy, najlepszy, najważniejszy. Nie mogę spełnić pragnień was wszystkich, gdy jesteście razem. – Odpowiedziała królowa.

Niektóre elfy zamyśliły się i mówiły cichutko same do siebie.

– Ja lubię być pierwszy i najlepszy ale inni też to lubią.

Królowa widziała, że elfy nie są szczęśliwe więc znów wezwała na pomoc motyle i w nocy przysłała każdemu elfowi łódkę i liścik.

„Drogi elfie. Twoje pragnienia są bardzo ważne, tak samo jak pragnienia innych elfów. Jednak nie zawsze mogą być wszystkie od razu spełnione. Kiedy będziesz gotowy to zaakceptować i być z innymi na wyspie, wsiądź do łódki i wracaj. Jeśli jeszcze nie jesteś na to gotowy, możesz zostać na swojej wyspie tak długo jak potrzebujesz, a ja będę cię odwiedzać. Pozdrawiam, Królowa”.

Kilkoro elfów natychmiast wsiadło do swoich łódek i popłynęło na wyspę.

Byli też tacy, którzy trochę się zastanawiali, ale w końcu też wrócili. Kilkoro zdecydowało, że jeszcze trochę pobędą na swojej wysepce i może wrócą później.

Elfy, które wróciły już na wyspę, nadal bardzo chciały być pierwsze, najlepsze, najważniejsze. Wiedziały jednak, że inni też tego potrzebują. Starały się więc szanować nawzajem siebie i swoje pragnienia.

Jesienny liść

W pewnym parku rosło drzewo wśród wielu innych podobnych do niego drzew. Jego gałęzie porastały liście, które, jak to zwykle bywa, nieśmiało pojawiały się wiosną, mocno zieleniły latem, by jesienią przybrać czerwono-złote suknie i wraz z wiatrem sfrunąć na ziemię w wesołym tańcu. Liście nie wiedziały, co czeka je na dole, gdyż nigdy żaden z nich nie wrócił już w tej postaci na drzewo. Mimo to w jakiś trudny dla nich do zrozumienia sposób, czuły, że nadal będą częścią przyrody. Liście akceptowały, że taki jest bieg natury. Lecz pewnej wiosny na jednej z gałęzi drzewa, wśród wielu podobnych liści, wyrósł jeden, który swym zachowaniem różnił się od innych. Był on bardzo niespokojnym liściem. Podczas gdy wszystkie liście wsłuchiwały się w pieśń wiatru i pozwalały mu kołysać się delikatnie w rytm jego melodii, on z całych sił trzymał się sztywno, próbując kontrolować wietrzne podmuchy. O nie, nie będziesz mną rządzić, ja zdecyduję, jak mam się ruszać – Mówił sobie liść. Lubił on mieć wszystko pod kontrolą, czuł się wtedy bezpiecznie. Dlatego im bliżej było do jesieni, tym bardziej stawał się niespokojny. Spoglądał wciąż w dół, w stronę ziemi, próbując dostrzec, co tam jest. Jednak jego wzrok nie sięgał zbyt daleko. Ten niepokój rósł z każdym dniem. A im krócej słońce gościło na horyzoncie, tym bardziej w jego umyśle kiełkowała pewna myśl. Myśl, która stała się teraz jego najważniejszym celem: Nie pozwolę ci wietrze strącić mnie z drzewa. Zostanę na drzewie i nie będziesz mną rządzić. Liść tak bardzo skupił się na tej myśli, że każdy najdelikatniejszy nawet podmuch wiatru odczytywał jako zaczepkę. Z całych sił napinał wtedy swoje nerwy i trzymał się gałęzi. Kosztowało go to sporo wysiłku. Gdy w końcu przyszła jesień był już bardzo zmęczony. Nie zamierzał jednak odpuścić. Inne liście stopniowo jeden po drugim pozwalały, by wiatr uniósł je ku ziemi. Na drzewie było ich każdego dnia coraz mniej. Aż w końcu pozostał on jeden. Złość, którą czuł, wcześniej dodawała mu siły, ale teraz miał już tej siły coraz mniej. I tak naprawdę to się bał. Bał się tego, co będzie, co nieznane i niepewne. Bał się też, że jeśli odpuści, to będzie musiał sam przed sobą przyznać, że jest słaby. Wiatr również nie przestawał. Z zaciekawieniem przyglądał się temu jednemu listkowi, który pozostał jeszcze na drzewie i szeptał:

Hej, jesteś już taki zmęczony. To, że wieję jest dla ciebie trudne, wiem. Ja nie robię tego złośliwie. Po prostu jestem wiatrem i wieję.

Liść coraz bardziej dostrzegał, że jego działania są bez sensu i przynoszą mu więcej szkody niż pożytku.

Czy naprawdę musi być tak, jak chcę? Jestem już taki zmęczony, nie mam już siły… Powiedział w końcu liść. Rozluźnił swoje spięte wcześniej nerwy i zamknął oczy. Wziął głęboki oddech i…

Puścił gałąź. Pozwolił, by wiatr niósł go swobodnie. Czuł, że złość i zmęczenie powoli ustępują miejsca przyjemnemu uczuciu spokoju. W końcu zrozumiał, co to znaczy, czuć się lekkim jak liść na wietrze. To uczucie bardzo mu się podobało. Otworzył oczy i z dystansem obserwował swój lot. Nie starał się przejąć nad nim kontroli. Powoli opadł na ziemię. Nie udało mu się osiągnąć celu, który sobie wymyślił. Nie czuł się jednak przez to słaby. Wręcz przeciwnie, czuł, że postąpił mądrze i że ma teraz dużo więcej energii niż wcześniej, gdyż nie tracił jej na coś, co nie miało sensu.

 

O czym warto porozmawiać z dziećmi po przeczytaniu bajki oraz pomocne zabawy

Czy było kiedyś tak, że czegoś bardzo chciałeś (np. coś mieć, żeby coś się stało lub też coś się nie wydarzyło), myślałeś o tym wciąż i robiłeś wszystko, żeby to osiągnąć, a to się nie spełniało? Jak się wtedy czułeś?

Czy zauważyłeś, że być może twoje działania przynoszą więcej szkody niż pożytku (np. zaczynasz kłócić się z innymi, czujesz się zmęczony)?

Jak myślisz, co by się stało, gdybyś wtedy odpuścił?

Zabawa w spadające liście

W sezonie możemy użyć prawdziwych liści, poza sezonem mogą je zastąpić liście z papieru lub np. skrawki materiału.

Za chwilę podrzucimy nasze liście wysoko w górę. Naszym zadaniem będzie za wszelką cenę utrzymać je w powietrzu. Musimy dmuchać z całych sił, tak by liści nie spadły na ziemię.

Gdy już się zmęczymy, przerywamy zabawę i rozmawiamy o tym, jak się czuliśmy. Jaki wpływ miał na nas tak postawiony cel: „musimy za wszelką cenę”?

Teraz ponownie będziemy próbowali utrzymać liście w powietrzu, ale tym razem nie zakładamy, że musimy to zrobić. Kiedy poczujemy zmęczenie, pozwolimy liściom opaść i wraz z nimi kładziemy się na podłodze, rozluźniamy ciało, odpoczywamy. Jak teraz się czujemy?