Archiwa tagu: akceptacja

Dziewczynka spod Gwiazdozbioru Żyrafy

Pewnej grudniowej nocy, pod jedną z gwiazd szczególnie tej nocy widocznego Gwiazdozbioru Żyrafy, w małym i spokojnym miasteczku przyszła na świat dziewczynka. Miała kasztanowe włosy jak jej mama i zielone oczy jak jej tata. I miała jeszcze coś, czego nie mieli ani mama, ani tata. Jej skórę pokrywały delikatne plamki o lekko brązowym odcieniu – zupełnie jak u żyrafy. I gdy pierwszy raz ujrzeli ją na świecie pokochali jej kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki. Te plamki trochę ich zmartwiły a trochę zastanawiały – skąd się wzięły? Pan doktor, który czuwał nad dziewczynką, gdy przyszła na świat, też jeszcze nie wiedział, skąd wzięły się plamki. Powiedział, że są one częścią dziewczynki i tyle. A później, gdy tata spojrzał w niebo i zobaczył jasno świecący Gwiazdozbiór Żyrafy, zrozumiał, że ta mała dziewczynka będzie dla nich kimś wyjątkowym.

Przywitała świat donośnym krzykiem, a potem ukojona czułym kołysaniem zasnęła w ramionach swojej mamy. Mama i tata kochali ją najmocniej na świecie i towarzyszyli jej w każdym ważnym momencie życia.

Nazwali ją Basia. Tak więc Basia rosła bardzo prędko. Rosły jej ręce, nogi, rosły także brązowe plamki na ciele. Gdy tylko Basia nauczyła się chodzić, to od razu zaczęła też skakać, Bardzo to lubiła, skakała po wszystkim, co się dało: po łóżku, po krzesłach, po trawie, po brzuchu taty, gdy leżał na kanapie. Aż w końcu tata kupił dla niej małą trampolinę i postawił ją w ogródku. I na niej też Basia skakała. Naprawdę wysoko. Basia lubiła też obserwować wieczorem niebo. Tata opowiadał jej o gwiazdach i planetach. Opowiedział też o szczególnie dla nich ważnym Gwiazdozbiorze Żyrafy.

Mała Basia nie tylko rosła ale też stawała się coraz mądrzejsza i bystrzejsza. I już wkrótce zaciekawiła się tym, że wśród wszystkich znanych jej osób tylko ona jedna ma na rączkach, nóżkach i brzuszku plamki – zupełnie tak jak ta żyrafa, co ma cały gwiazdozbiór.

– Mamo, czy w naszej rodzinie jest jakaś żyrafa? – Zapytała raz Basia swoją mamę.

– Nie kochanie, nie ma. A chciałabyś, żeby była? – Odpowiedziała mama z uśmiechem, pod którym kryło się zmartwienie.

Tak, mama zmartwiła się, że Basia może źle się czuć ze swoimi plamkami.

Ale Basia nie czuła się źle. Czuła, że mama i tata i wszyscy najbliżsi, których miała, kochali ją calutką od stóp aż po czubek głowy, a przecież po drodze są też plamki. Basia była po prostu ciekawa.

Razem z Basią rosły też inne dzieci, które znała i te, które dopiero poznawała. I te dzieci coraz częściej przyglądały jej się uważnie. Niektóre, gdy już się przyjrzały i znudziły tym przyglądaniem, to bawiły się dalej w najlepsze. Inne pytały, czemu ma takie plamki. A jeszcze inne pokazywały ją sobie palcami i chichotały.

Basia zaczęła czuć się nieswojo. A już najbardziej nieswojo poczuła się, gdy któregoś dnia jakiś chłopiec powiedział do niej:

– Dziwne te twoje plamy. Czemu ty je wszędzie masz? Nie możesz ich zmyć?

Dziewczynka poczuła, jak nagle robi jej się gorąco. Skurczyła się w sobie i spuściła wzrok. I tym razem po powrocie do domu zapytała mamę już bardziej stanowczo i ze złością w głosie:

– Mamo, dlaczego ja mam takie plamki, a nikt inny ich nie ma?

Mama odpowiedziała jej to, co mówiła już wcześniej:

– Nie wiem dlaczego. Gdy się urodziłaś, one były już z tobą.

– Mamo ja ich nie chcę, czy one kiedyś znikną? Przez te plamy jestem dziwna.

– Słyszę, że czujesz się z nimi źle. Nie wiem, czy one znikną. Ja nie mogę tego sprawić. Mogę za to być przy tobie wtedy, gdy poczujesz się smutna.

Mama przytuliła mocno Basię i zobaczyła, jak rozluźniają się jej dłonie, które wcześniej trzymała zaciśnięte w pięści. A po chwili zapytała jeszcze:

– Czy mogę zdradzić ci pewien ważny sekret?

Dziewczynka z mokrymi od łez oczami, ale bardzo zaciekawiona, kiwnęła głową.

– Rzeczy są takie jakie są. Nie są ani ładne, ani brzydkie, nie są zwyczajne ani dziwne. One po prostu są. Ale musimy nauczyć się patrzeć, żeby je naprawdę zobaczyć… a nie tylko widzieć je tak, jak sobie wymyśliliśmy, że wyglądają. To czasami jest bardzo trudne.

Basia próbowała zrozumieć, o co chodzi mamie, a mama dodała jeszcze:

– Ty jesteś Basią. Masz kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki na ciele. Jeśli ktoś będzie umiał patrzeć, zobaczy taką właśnie Basię, z którą będzie mógł się zaprzyjaźnić.

Teraz Basia już zrozumiała i jeszcze mocniej przytuliła mamę.

Jakiś czas później Basia bawiła się na dworze, gdy podeszła do niej dziewczynka i zaczęła jej się przyglądać zdziwiona. A po chwili powiedziała:

– Ej, co ty masz na rękach?

Basia poczuła, że serduszko tak nieprzyjemnie szybko jej bije. Wzięła wtedy głęboki oddech, zebrała całą siłę, jaką miała w sobie i powiedziała:

– Jestem Basia. Mam takie plamy i już. Jeśli chcesz, możesz się ze mną zaprzyjaźnić. Możemy poskakać razem na trampolinie, jestem w tym naprawdę świetna. Mogę też opowiedzieć ci o gwiazdach i planetach, bo dużo wiem na ten temat. Chcesz?

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy i zaniemówiła na chwilę zaskoczona. Potem uśmiechnęła się do Basi i odpowiedziała:

– Jestem Alicja. O planetach to ja za bardzo nic nie wiem, ale założę się, że na trampolinie cię pokonam.

No więc poszły sprawdzić, kto rzeczywiście wyżej skacze. I bardzo dobrze się bawiły. Tak dobrze, że zapomniały już, że miały to sprawdzić. A później Basia na prawdę opowiedziała Alicji o kosmosie, gwiazdach i gwiazdozbiorze żyrafy.

Ale nie zawsze było tak łatwo. Czasem zdarzało się, że jakiś chłopiec albo dziewczynka nie chcieli słuchać jej przyjaznych słów i śmiali się z niej lub mówili coś przykrego. Wtedy Basia wiedziała, że oni nie potrafią jeszcze patrzeć tak, żeby widzieć coś na prawdę (tak jak wyjaśniała jej mama). I chociaż nadal było jej z tym trudno i nieprzyjemnie, to wiedziała, że nie na wszystko można od razu znaleźć rozwiązanie. Przypominała sobie wtedy, że jest Basią, która lubi skakać i wie dużo o gwiazdach, a jeśli ktoś mówi, że jest “dziwna”, to znaczy, że on tak mówi, a nie że Basia taka właśnie jest. A gdy mimo to było jej czasem bardzo źle, bo wyczerpała już wszystkie swoje siły, to szła do kogoś, kto naprawdę umiał patrzeć, np. do mamy i taty. Śmiali się wtedy i bawili albo po prostu w milczeniu gapili na gwiazdy. I to było dla niej naprawdę pomocne.

Dziwak z Wyspy Środkowej

Na wielce-olbrzymim i wielce-głębokim Oceanie Szmaragdowym, wśród pląsających, wysokich fal rozsiane były maleńkie wyspy. Każda pokryta bursztynowym, gorącym piaskiem i porośnięta różnymi gatunkami drzew i roślin. Jedną z wysp (nazwijmy ją Wyspą Środkową, bo znajdowała się w samym sercu Oceanu Szmaragdowego) zamieszkiwali wysocy i szczupli ludzie o jasnych włosach i jasnej skórze. Z jednej wyspy do drugiej było bardzo daleko, tak daleko, że żaden z mieszkańców Wyspy Środkowej nie wiedział o istnieniu tej drugiej i trzeciej, i czwartej… i nie wiadomo, której jeszcze wyspy. Krążyły jednak legendy przekazywane od lat, że gdzieś daleko, daleko za horyzontem znajdują się jakieś inne lądy. Nikt jednak nie wierzył za bardzo w te bajki, a nawet gdyby ktoś wierzył, to nikt nie miałby ochoty tego sprawdzać, bo wszyscy ludzie czuli się tu ze sobą bardzo dobrze. Byli do siebie podobni z wyglądu i z charakteru, lubili też robić te same rzeczy.

Aż pewnego dnia na wyspie urodził się chłopiec, który na początku wyglądał i zachowywał się tak samo jak inne dzieci, ale im bardziej rósł, tym bardziej stawało się jasne, że różni się on od pozostałych ludzi. Był on niższy i tęższy od innych, miał ciemniejsze włosy i skórę, a na dodatek, jakby tego było mało, coraz bardziej różnił się od innych charakterem i zainteresowaniami. Podczas gdy inne dzieci biegły z głośnym krzykiem kopać piłkę i szalały wśród tańczących fal, on siadał pod drzewem i czytał książkę, a czasami kreślił coś patykiem po piasku, intensywnie się temu przypatrując. Czasami wspinał się na wysokie drzewa i rozglądał dookoła. Ludzie z przymrużeniem oka patrzyli na stawiane przez niego z gałęzi budowle i opowiadane przez niego historie o podróżach w dalekie strony. Mówili mu często, żeby zamiast marnować czas, zajął się czymś pożytecznym. Niektórzy zaczęli nazywać go dziwakiem, a z czasem przezwisko to przykleiło się do niego na dobre.

Raz w roku, w Święto Księżyca mieszkańcy obdarowywali się nawzajem darami. Nie były to jednak zwyczajne podarunki, jakie można by kupić w sklepie, bo na wyspie nie było ani sklepów ani pieniędzy. Obdarowywano się jednak tym, co każdy mógł i chciał podarować drugiej osobie – Szacunkiem, Podziwem, Szczerością, Zaufaniem oraz najcenniejszym podarkiem, Przyjaźnią.

W dziesiąte Święto Księżyca po swoim urodzeniu chłopiec jak zwykle obserwował ludzi, którzy podchodzą do siebie, niosąc w dłoniach srebrzyste kłęby księżycowej poświaty. Kłęby te przekazywali sobie z rąk do rąk, a wtedy przybierały one różne kształty symbolizujące ofiarowywany podarek. Co roku chłopiec marzył o tym, by i jemu ktoś podarował Przyjaźń lub Sympatię. Jednak najczęściej otrzymywał od innych Zdziwienie, a czasem ktoś podrzucił mu Obojętność. Chłopiec przywykł już do tego, jednak z każdym kolejnym Świętem Księżyca coraz bardziej doskwierała mu samotność i coraz bardziej rozmyślał o tym, czy rzeczywiście Szmaragdowy Ocean kryje wśród swoich fal jeszcze inne wyspy, gdzie mógłby spotkać kogoś podobnego do siebie. Rozmyślając tak teraz, spojrzał w wyjątkowo spokojną tego wieczoru taflę wody i zobaczył w niej swoje odbicie.

Jestem inny. Pomyślał. A ponieważ rzeczywiście tak było, chłopiec miał też umiejętność, której nie miał nikt inny na wyspie. Potrafił na każdą sprawę spojrzeć inaczej niż pozostali. I teraz także powiedział sam do siebie w myślach: Gdzieś na pewno jest ktoś, kto jest do mnie podobny.

Zaczął wypytywać sąsiadów o to, czy wiedzą coś o innych lądach, ale wtedy patrzyli na niego z jeszcze większym zdziwieniem i śmiali się do siebie nawzajem. Chłopiec postanowił więc sam się tego dowiedzieć. Coraz częściej czytał teraz różne książki i nikt nie wiedział, że były to historyczne i podróżnicze książki sprzed wielu lat. Były tam czarno-białe rysunki przedstawiające mapy, statki, kompasy. Chłopiec sam kreślił też różne rysunki na piasku, a w czasie gdy inni wspólnie się bawili, on przeszukiwał zapomniane przez wszystkich podziemne skrytki, odkładając na bok znalezione przedmioty. Od czasu do czasu znikał gdzieś na bocznej plaży i wracał dopiero wieczorem bardzo zmęczony. Nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy przyzwyczaili się, że chłopiec ma swoje “dziwne” zainteresowania. Aż pewnego dnia chłopiec przybiegł na główną plażę bardzo uradowany.

– Skończyłem! Gotowe! – Krzyczał, śmiejąc się. – Mogę już teraz wyruszyć!

– Dokąd chcesz wyruszyć? – Pytali ludzie trochę zaskoczeni a trochę rozbawieni.

– Wyruszam w poszukiwaniu innych wysp. – Powiedział chłopiec z taką oczywistością w głosie jakby mówił, że dziś jest poniedziałek. – Przecież już dawno wam to mówiłem.

Kilka osób zaśmiało się, jedna Pani machnęła ręką i poszła dalej, a jakiś Pan przewrócił oczami, mówiąc pod nosem “Ten znowu coś wymyśl, poszedłby lepiej w piłkę pograć, jak każdy normalny chłopak“. A potem wszyscy się rozeszli, zostawiając chłopca samego. A on podniósł z ziemi kamyk i cisnął nim z wściekłością w wodę.

– W następne Święto Księżyca dam wam ZNIELUBIENIE! – Krzyknął rozzłoszczony. – Jeśli nadal tu z wami będę. – Dodał już cichutko.

Ale i tak nikt go już nie słyszał. Chłopiec pobiegł między drzewa i przytaszczył za sobą łódkę. Budował ją starannie i pracowicie przez ostatnich kilka tygodni, z materiałów, które znalazł. Najbardziej jednak dumny był ze znalezionego starego kompasu. Wypolerował go teraz dokładnie, pocierając o swoją koszulkę, wziął jeszcze plecak, do którego spakował jedzenie i picie, a potem wepchnął łódkę do wody i wskoczył na jej pokład.

– Kierunek północ, Kapitanie! – Wykrzyknął sam do siebie.

Płynął tak długo, że zrobił się już głodny, a do głodomorów nie należał. I gdy już w jego żołądku odbywał się prawdziwy głodowy koncert, wtedy zobaczył na horyzoncie wyłaniający się powoli ląd.

– To musi być Wyspa Północna! – Powiedział Kapitan znów sam do siebie.

Na spotkanie wybiegł mu chłopiec o kręconych włosach i rumianej buzi.

– Skąd przybywasz? – Zapytał, mierząc go ciekawskim spojrzeniem?

– Z południa, z samego serca oceanu. – Odpowiedział podekscytowany tym spotkaniem mały kapitan.

– A jak masz na imię?

Na to pytanie chłopiec zamyślił się i zasmucił odrobinę.

– Zapomniałem. – Powiedział po chwili. – Wszyscy od dawna mówią na mnie Dziwak.

– Na mnie też tak mówią! – Zawołał ten w kręconych włosach. – Ale, nie możemy przecież mieć takiego samego imienia. Czy mogę wymyślić imię dla ciebie?

– Pewnie!

– Hmmm… Będę cię nazywać… Środkowy, bo przybyłeś ze środka Oceanu.

– Podoba mi się! – Opowiedział uradowany. – A więc ty będziesz Północny, bo mieszkasz na     północy.

– Ha! – Zawołał wesoło ten drugi i razem klasnęli w swoje dłonie.

– Chodź, oprowadzę cię po mojej wyciszalni. – Powiedział Północny.

– Co to takiego WYCISZALNIA?

– No wiesz, to takie miejsce, do którego mnie odsyłają, gdy już jestem za głośno i gdy im za bardzo przeszkadzam. Bo na mojej wyspie wszyscy oprócz mnie są bardzo spokojni. Potrafią godzinami siedzieć w ciszy i bez ruchu, grają w szachy albo czytają książki. A o mnie mówią, że opanowały mnie mrówki i dlatego ciągle się ruszam i hałasuję i często mają mnie dość.

Środkowy słuchał tego z zaciekawieniem.

– U mnie jest trochę odwrotnie. Wszyscy lubią biegać i grać w piłkę, a ja wolę czytać albo coś budować.

Chłopcy patrzyli na siebie w milczeniu. Wyglądało na to, że bardzo się od siebie różnią, ale mimo to każdy z nich poczuł, że lubi tego drugiego.

Środkowy oprowadził Północnego po wyspie i przedstawił go pozostałym mieszkańcom. Ludzie, widząc spokojny charakter chłopca, uśmiechali się do niego życzliwie, co było dla niego dużym zaskoczeniem.

– Widzisz? – Powiedział Północny. – Pasowałbyś tutaj, wszyscy by cię polubili, bo jesteś do nich podobny, nie tak jak ja.

– Ty pasowałbyś do mojej wyspy. – Odpowiedział Środkowy. – Tam też by cię polubili.

Środkowy postanowił zostać jakiś czas na Wyspie Północnej. I chociaż rzeczywiście swoim spokojnym usposobieniem przypominał jej mieszkańców, to bardzo dobrze czuł się w towarzystwie swojego rozbieganego kolegi. Gdy się spotykali w wyciszalni, to Środkowy zazwyczaj siedział pod drzewem, rysując na piasku różne mapy i znaki, o których z zaangażowaniem opowiadał Północnemu. A Północny zwykle biegał wtedy wokół niego, od czasu do czasu zerkając na jego rysunki i wykrzykując “Aha!” albo “Oooo!”, gdy coś go szczególnie zaciekawiło. A gdy już obaj się zmęczyli, to kładli się na plaży i obserwowali chmury. Środkowy leżał cicho i spokojnie, Północny nucił coś pod nosem i turlał się z boku na bok.

Tymczasem na Wyspie Środkowej ludzie zaczęli odczuwać nieobecność Dziwaka. Wszystko wokół nich wydawało im się teraz nudne, nieciekawe, identyczne. Wszyscy wciąż gdzieś biegali, o czymś głośno rozmawiali, grali w piłkę. Nie było wokół nic nowego, interesującego, na co można by zwrócić uwagę. Ludzie poczuli nieśmiało, że tęsknią za swoim Dziwakiem.

A on na wyspie Północnej doczekał kolejnego Święta Księżyca. Tutaj ludzie także wręczali sobie podarki. I gdy nadszedł wieczór wszyscy zebrali się na plaży przy ognisku. Chłopcy siedzieli trochę dalej od pozostałych i obserwowali, jak ludzie zaczynają obdarowywać się nawzajem.

– Ja też mam dla ciebie prezent. – Powiedział nieśmiało Północny. – Ale nie wiem, czy go przyjmiesz.

Z opadającej na ziemię księżycowej poświaty chłopiec uformował kłębek i wręczył go swojemu koledze ze środka oceanu. Gdy Środkowy wziął kłębek, przybrał on najpiękniejszy dla niego kształt. Kształt przyjaźni.

– To najlepszy prezent jaki w życiu dostałem! – Powiedział uradowany i również uformował kłębek księżycowej poświaty. – Chcę ci podarować to samo. – Dodał, kładąc kłębek na dłoni Północnego.

Chłopcy wymienili pierwszy przyjacielski uścisk i z dumą przyglądali się swoim tegorocznym podarkom. A następnego dnia Środkowy zaproponował Północnemu:

– Popłyńmy razem szukać nowych wysp. Jeśli moja wyspa jest w sercu oceanu, a twoja jest na północy, to na pewno jest jeszcze Wyspa Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Może i tam spotkamy nowych przyjaciół.

Północnemu spodobał się ten pomysł i tego samego dnia chłopcy wyruszyli w podróż. Swoje przygody i odkrycia zapisywali w specjalnym dzienniku pokładowym, który zatytułowali:

Przygody Poszukiwaczy Przyjaźni na Oceanie Szmaragdowym

                Minął rok, gdy postanowili, że czas wracać do swoich domów. Przyjaciele pożegnali się serdecznie, a  Środkowy obiecał Północnemu, że za kolejny rok przypłynie po niego, by tym razem zabrać go do siebie.

Środkowy wrócił na swoją wyspę w dzień Święta Księżyca. Zdziwił się, że wiele osób przywitało go z uśmiechem, pytając, co u niego słychać. A wieczorem przy blasku księżyca kilka osób podeszło do niego, niosąc swoje podarunki. Tym razem nie było to jednak zdziwienie ani obojętność ale coś zupełnie odmiennego. To było… zainteresowanie i zaciekawienie. Ludzie ci usiedli obok niego i poprosili, żeby opowiedział im o swoich przygodach. A gdy mówił, to nie podśmiewali się złośliwie, ale uśmiechali życzliwie, bo zrozumieli, że ten chłopiec, który się od nich różni, nie jest kimś dziwnym, ale kimś wyjątkowym. I choć wcześniej uważali, że do nich nie pasuje, to teraz pomyśleli, że dzięki niemu ich codzienne życie jest ciekawsze.

 

Kraina Różności

Daleko stąd, za wielkim oceanem i wielką pustynią leżała Kraina Różności. Każdy z jej mieszkańców był wyjątkowy i wyróżniał się czymś od innych. Ale zamiast to doceniać, zaczęli oni wyśmiewać się nawzajem z powodu tych różnic. Pewna czarownica, która mieszkała nieopodal tej krainy, miała już dość ich zachowania. Rzuciła na nich zaklęcie głębokiego snu. Wszyscy zasnęli na dobre. Wszyscy oprócz trzech mieszkańców, których czarownica, nie wiadomo jak, przeoczyła w swoim zaklęciu. Tymi mieszkańcami byli Trójkąt, Koło i Kwadrat. Gdy się zorientowali, co się wydarzyło, poszli do czarownicy prosić ją, by odczarowała miasto. Czarownica tak im na to odpowiedziała:

– Nie znam zaklęcia, które może ich odczarować. Musicie odnaleźć magiczną księgę zaklęć i przynieść ją do mnie, a wtedy ich odczaruję. Księga ukryta jest w jaskini, w Zielonej Dolinie.

Trójkąt, Koło i Kwadrat wyszli od czarownicy zasmuceni. Popatrzyli na siebie uważnie, bo wcześniej nie mieli okazji się spotkać. Pierwsze odezwało się Koło:

– Dziwnie wyglądacie, takie jesteście kanciaste. Ja jestem gładziutkie i okrąglutkie.

Trójkąt prychnął.

– Phii. Nie masz żadnych wierzchołków, a ja mam.

– Też mi coś. – Dorzucił Kwadrat. – Na dole jesteś taki szeroki a na górze wąski, zobacz, jaki ja jestem równiutki.

Na to wyszła czarownica ze swojej chaty i powiedziała:

– Właśnie dlatego rzuciłam zaklęcie na wasze miasto. Zamiast żyć w zgodzie, ciągle sobie dogadujecie.

Trójkąt, Koło i Kwadrat zarumieniły się ze wstydu, a na przeprosiny podały sobie ręce. Potem ruszyły razem do Zielonej Doliny. Musiały przejść przez most linowy nad rwącym potokiem, a później dotarły do stromego zbocza. Spojrzały w dół.

– O! Jak wysoko! – Okrzyknęły razem. – Jak stąd zejdziemy? Mamy za krótkie rączki i nóżki.

– Ja spróbuję. – Powiedziało Koło. – Jestem gładkie i okrągłe, sturlam się w dół i rzucę wam jakąś linę albo gałąź, po której zejdziecie.

Koło szybko i zwinnie sturlało się w dół, a potem z  gałęzi zrobiło długą linę i rzuciło ją w górę. Teraz Trójkąt i Kwadrat mogli zejść ze zbocza.

– Jak to dobrze, że jesteś takie gładkie i okrągłe i nie masz takich rogów jak my. – Powiedziały.

Chwilę później dotarli do jaskini, gdzie ukryta była magiczna księga. Ale na nieszczęście księga wciśnięta została w bardzo wąską szczelinę. Kwadrat i Koło były za duże i za szerokie, żeby się tam dostać.

– Ojej, co my teraz zrobimy?! – Zawołały.

– Ja spróbuję. Powiedział Trójkąt. – Na dole jestem szeroki, ale na górze wąski.

Trójkątowi udało się wślizgnąć w szczelinę i wypchnąć księgę na zewnątrz.

– Hurra! – Zawołały Koło i Kwadrat. – Jak to dobrze, że masz taki wąski czubek, a nie jesteś taki równiutki jak my.

Potem wszyscy razem z księgą ruszyli w drogę powrotną. Ale gdy dotarli do linowego mostu, pojawiła się kolejna przeszkoda.

– Jak przeniesiemy księgę przez most? Przecież musimy trzymać się mocno obiema rączkami, żeby nie wpaść do wody. Nie mamy jak złapać księgi.

– Ja spróbuję. – Powiedział Kwadrat. – Położę księgę na swoim górnym boku, jest płaski i równy. Księga będzie na nim wygodnie leżeć, a ja będę miał wolne ręce.

I tak z księgą na swoim górnym boku Kwadrat powoli przeszedł przez most.

– Hurra! – Zawołały Trójkąt i Koło. – Jak to dobrze, że masz takie równe boki zamiast wąskiego czubka i że nie jesteś okrągły.

I tak udało im się wrócić do czarownicy z księgą.

– Brawo! – Zawołała czarownica. – Udało wam się, bo każdy z was ma w sobie coś wyjątkowego i każdy coś potrafi. Zaraz odczaruję miasto. Ale powiedzcie wszystkim, że zamiast się nawzajem wyśmiewać, trzeba zauważać zalety swoje i innych.

Trójkąt, Koło i Kwadrat przytaknęły radośnie i serdecznie uścisnęły sobie dłonie, mówiąc do siebie nawzajem:

JESTEŚ WSPANIAŁY!!!

0001

 

Samotny chłopiec

W małym miasteczku z małymi domkami i wąskimi uliczkami mieszkał mały chłopiec. Miasteczko miało niewielu mieszkańców i wszyscy oni się znali. Każdy znał chłopca i chłopiec też znał każdego. Ponieważ tak było, chłopiec wiedział o czymś, co było dla niego bardzo smutne. Wiedział, że nie ma żadnego przyjaciela. Dlatego od tej pory będziemy go nazywać „Samotny”.

Samotny był cichym i spokojnym chłopcem, który mało mówił. Inni chłopcy, którzy lubili hałas, nie chcieli się z nim przyjaźnić. Dziewczynki miały swoje lalki i zapraszały się na zabawy, a wtedy dużo i głośno rozmawiały, więc również nie chciały się z nim przyjaźnić. Dorośli za to chwalili Samotnego. Mówili: „Jaki on grzeczny, taki cichy i spokojny” i cieszyli się, że Samotny tak pięknie sam się bawi, bo wtedy mieli czas na swoje dorosłe sprawy. Tylko czasem martwili się: „Co to będzie, gdy on pójdzie do szkoły i nie będzie nic mówił, jak on sobie poradzi?”. Samotny pytał czasem swoją mamę:

– Mamo, czy myślisz, że można mnie polubić?

– Oczywiście, że można. – Odpowiadała mama.

Ale Samotny czuł, że mama mówi tak tylko po to, żeby go pocieszyć. Samotny włóczył się więc po małym miasteczku, wśród wąskich uliczek i małych domków, mijał mieszkańców cichutko bez słowa, przemykał jak niewidzialny cień, więc zazwyczaj nie zwracali na niego uwagi. Czasem wędrował aż do lasu na skraju małego miasteczka. Wtedy siadał pod drzewem i słuchał. A ponieważ, jak już wiecie, Samotny był cichy i spokojny, to naprawdę potrafił słuchać. I pewnego dnia, gdy był w lesie, usłyszał cichutkie piszczenie, gdzieś w krzakach. Samotny lubił czytać opowieści o leśnych skrzatach, pomyślał więc, że może to jeden z takich skrzatów schował się gdzieś tutaj. Rozglądał się uważnie dokoła, aż odnalazł skulone pod drzewem piszczące stworzonko. Ale nie był to wcale skrzat leśny… był to pies. W dodatku wyglądał bardzo mizernie, leżał z podkulonym ogonem i oklapniętymi uszami, które przysłaniały jego wielkie, smutne oczy. Samotny podszedł do niego powoli, żeby go nie wystraszyć, a potem pogłaskał delikatnie jego kosmatą głowę i grzbiet. Pies zamerdał nieśmiało ogonem i spojrzał smutnymi oczyma na Samotnego. I gdy tak patrzyli na siebie, chłopiec i pies, każdy z nich już wiedział, że z ich spotkania wyniknie coś niezwykłego.

Niestety pies miał złamaną łapę. Samotny wziął go ostrożnie na ręce i zabrał do swojego domu. Tam zebrali się wszyscy dorośli, czyli mama, tata, babcia i dziadek, żeby zdecydować, czy pies może z nimi zamieszkać. Podczas, gdy oni głośno rozmawiali, Samotny i pies siedzieli cichutko obok siebie i czekali cierpliwie z poważnymi minami, czując, że właśnie ważą się ich losy. W końcu zdecydowano: Pies może zostać! Dostał nawet własną miskę i wygodne, ciepłe posłanie oraz coś, co dla każdego psa jest bardzo ważne… dostał własne imię. Samotny nazwał go „Skrzat”.

Skrzata trzeba było zabrać do weterynarza i zająć się jego złamaną łapą. Samotny oddał mu swoją ulubioną, niebieską poduszkę, żeby Skrzatowi było wygodnie i żeby nie cierpiał tak bardzo z powodu złamania. Mama i tata powtarzali i przypominali Samotnemu, że będzie miał teraz sporo obowiązków, bo Skrzata trzeba karmić, wyprowadzać na spacer kilka razy dziennie, czasem wykąpać i zabierać do weterynarza i Samotny wszystko to robił. Wstawał wcześnie rano, a gdy tylko otwierał oczy, widział merdający ogon i wpatrzone w niego oczy, które już nie były smutne. Tak, Samotny miał teraz więcej obowiązków, ale w zamian za to dostał od Skrzata coś bardzo cennego: nie był już sam i coraz częściej się uśmiechał. Dlatego od tej pory będziemy chłopca nazywać „Szczęśliwy”.

Szczęśliwy i Skrzat włóczyli się teraz razem po małym miasteczku, wśród wąskich uliczek i małych domków, i często wędrowali aż do lasu na skraju małego miasteczka. Wtedy siadali pod drzewem i słuchali leśnych odgłosów. Szczęśliwy opowiadał Skrzatowi historie, które znał, Skrzat kładł się wtedy obok niego i merdał od czasu do czasu ogonem.

Zimą Szczęśliwy bardzo się rozchorował, miał wysoką gorączkę i musiał leżeć w łóżku przez kilka dni. Skrzat był wtedy bardzo smutny. Przez cały czas leżał tuż przy łóżku Szczęśliwego, zakrywając smutne oczy uszami. Przytargał też w zębach niebieską poduszkę, czuł, że teraz przyda się ona Szczęśliwemu, tak jak kiedyś przydała się jemu. Gdy Szczęśliwy poczuł się lepiej, mama usiadła przy nim i powiedziała:

– Wiesz, psy to mądre stworzenia, a Skrzat bardzo cię lubi, cały czas się tobą opiekował. Jeśli on cię lubi, to na pewno każdy może cię polubić.

Szczęśliwy przyznał tym razem, że mama może mieć rację. Coraz więcej rozmawiał też ze Skrzatem. Opowiadał mu nowe historie, a ponieważ umiał słuchać, to wiedział, że Skrzat również opowiada mu różne rzeczy, szczekając, piszcząc, merdając ogonem albo podając łapę. Szczęśliwy opowiadał też Skrzatowi o tym, co myśli, co mu się śniło, co lubi a czego nie. I gdy tak chodzili razem po ulicach małego miasteczka, mieszkańcy przystawali zdumieni, słysząc Szczęśliwego. „Czy to ten sam chłopiec, który tak niewiele mówił?”, pytali. Również chłopcy i dziewczynki z małego miasteczka patrzyli na nich z zaciekawieniem, a czasem pytali, czy mogą pogłaskać Skrzata.

Nadszedł w końcu czas, gdy Szczęśliwy po raz pierwszy poszedł do szkoły. Wszyscy dorośli z jego domu, czyli mama, tata, babcia i dziadek czekali niecierpliwie na jego powrót, zastanawiając się, jak sobie poradzi. Tymczasem w szkole Pani poprosiła, by każde dziecko powiedziało coś o sobie. Szczęśliwy zastanawiał się, co mógłby powiedzieć, co byłoby ciekawe… tak, już wiedział. Gdy nadeszła jego kolej, opowiedział o swoim przyjacielu Skrzacie, o tym jak go spotkał i się nim zaopiekował. Zupełnie nie wiedział jak, ale słowa jakoś same płynęły mu do głowy. O Skrzacie mógł mówić bardzo długo, a dzieci słuchały go z zaciekawieniem. Pierwszy dzień w szkole minął więc całkiem przyjemnie. Kolejne dni też były w porządku.

Dzięki swojemu przyjacielowi Szczęśliwy wiedział, że inni mogą go polubić, zaczął więc częściej rozmawiać z chłopcami i dziewczynkami i chętnie opowiadał, gdy pytali go o Skrzata. On także pytał, co u nich słychać i słuchał ich z zaciekawieniem. A gdy wracał do domu, jego przyjaciel zawsze na niego czekał, radośnie merdając ogonem.