Święta siedmiu krasnoludków

W Dolinie Bystrej Rzeki mieszkało siedmiu krasnoludków: Migdałek, Orzeszek, Suszek, Rodzynek, Maczek, Cynamonek i Krokietek.

Każdego roku wraz z nadejściem zimy, krasnoludki razem z pozostałymi mieszkańcami Doliny rozpoczynały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Było to dla nich najważniejsze i najpiękniejsze święto w całym roku. Na pamiątkę narodzin Bożego Dzieciątka, wszyscy przygotowywali świąteczne potrawy i co roku stroili największą choinkę w lesie. 

W wigilijny dzień od wczesnego ranka krasnale miały dużo pracy. Każdy był odpowiedzialny za jakieś ważne zadanie. Migdałek szykował i prasował świąteczne stroje i obrusy. Rodzynek sprzątał las. I chociaż normalnie nie lubił sprzątać, ale dziś czuł w całym swoim ciele tyle radości, i ta radość dodała mu tyle energii, że uwijał się jak pracowita pszczoła, a przy tym śpiewał i tańczył. Krokietek przygotowywał jarzębinowe bombki i łańcuchy do przystrojenia choinki. Cynamonek piekł świąteczny piernik. A Orzeszek pierwszy raz w życiu miał przygotować i zaśpiewać kolędy. Był tym zadaniem ogromnie przejęty i rozdarty na dwie części. Jedna część Orzeszka czuła, że bardzo chce zaśpiewać i ogromnie się tym cieszy… ale druga część Orzeszka czuła, że ogromnie się martwi, że mu się to nie uda i innym się nie spodoba. Dlatego Orzeszek znalazł sobie ciche, spokojne miejsce za krzakiem tarniny i postanowił w samotności poćwiczyć swój śpiew. Śpiewał melodyjne kolędy, a jego głos płynął w powietrzu raz wolniej, raz szybciej, ciszej i głośniej, spokojniej i żwawiej…

W tym samym czasie Cynamonek zdążył włożyć już ciasto do piekarnika i postanowił pomóc Maczkowi zbierać świerkowe gałązki do ozdobienia stołu. Gdy tak Cynamonek i Maczek szli razem, do ich uszu dotarły melodyjne dźwięki. Obaj postanowili, sprawdzić, skąd dochodzą. Po krótkiej chwili zobaczyli schowanego za krzakami Orzeszka i usłyszeli, jak śpiewa kolędę o narodzeniu Bożego Dzieciątka. Cynamonek poczuł w swojej głowie takie uczucie, które zaczyna się od sylaby ZA. Było ogromne i silne. Było to ZAciekawienie. Cynamonek zaciekawił się tą historią, o której śpiewał Orzeszek i słuchał bardzo uważnie. U Maczka też pojawiło się pewne uczucie. Też było silne i zaczynało się od sylaby ZA. Ale nie było takie przyjemne dla Maczka, jak zaciekawienie dla Orzeszka. To była ZAzdrość. Maczek myślał sobie, że też chciałby tak śpiewać jak Orzeszek i też chciałby mieć takie ważne zadanie jak śpiewanie kolęd w wigilijny wieczór. Nagle Cynamonek kichnął głośno. Orzeszek usłyszał kichnięcie i zobaczył, że nie jest sam. W tym momencie i on poczuł takie nieprzyjemne uczucie, które zaczyna się od sylaby ZA… To było ZAwstydzenie. Orzeszek poczuł, że chciałby zniknąć albo uciec daleko. Ale wtedy Cynamonek wykrzyknął głośno:

– O nie! Piernik! Został w piekarniku, spali się!

I pobiegł co sił w nogach, a za nim pobiegli Maczek i Orzeszek.

Już od progu poczuli duszący zapach spalonego piernika. Gdy Cynamonek wyjął ciasto, z piekarnika buchnął siwy dym.

W tym czasie do domku wracał Krokietek, niosąc pudło z jarzębinowymi dekoracjami, które właśnie skończył przygotowywać. Bardzo się przy nich napracował i był z siebie bardzo dumny. Ale gdy zobaczył, co się stało z ciastem, to w jego głowie, rękach i nogach pojawiło się takie uczucie, które w postaci głośnego wrzasku wyrwało się z jego gardła. To była złość. I gdyby tego jeszcze było mało, to w tej samej chwili rozradowany Rodzynek wbiegł do domku, tańcząc i śpiewając. Niestety w tej ogromnej radości nie zauważył Krokietka i wpadł na niego. Krokietek wypuścił z rąk karton. Z kartonu wysypały się dekoracje i rozsypały w drobne kulki. Wtedy złość Krokietka stała się tak wielka, że zaczęła wydostawać się nie tylko przez krzyczące gardło ale też przez machające piąstkami ręce i tupiące nogi.

– Zepsuliście całe Święta! – Krzyczał Krokietek. – Jak mogliście to zrobić?!

Z drugiego pokoju wyszedł Migdałek, który spał wcześniej zmęczony prasowaniem. Migdałek był bardzo wrażliwym krasnalem, więc gdy zobaczył, co się dzieje i usłyszał wielką złość Krokietka, poczuł w swoim brzuszku takie nieprzyjemne uczucie. To uczucie to był strach. Migdałek pomyślał, że przez swoją drzemkę, nie dopilnował ciasta i tym bardziej wystraszył się tej Krokietkowej złości.

A Krokietkowi ze złości aż łzy poleciały i wybiegł z domku i pobiegł przed siebie. Po drodze minął Suszka, który skończył ustawiać stoły i krzesła razem z kilkoma innymi mieszkańcami Doliny.

– Krokietku, co się stało? – Zawołał Suszek.

– Święta zepsute! Oni wszystko popsuli! – Krzyknął Krokietek i pobiegł dalej.

A Suszek wrócił szybko do domku, gdzie reszta krasnoludków opowiedziała mu, co się stało.

Suszek poczuł gdzieś w okolicy swojego serca takie ciężkie uczucie, jakby ważyło tyle co 10 worków mąki na świąteczne ciasto. To uczucie to był smutek. Suszek usiadł przed domkiem i płakał. I gdy tak płakał, to zaczął rozmyślać, o tym, że to taki ważny dzień i że wszyscy tak się starali i że tak mu przykro z powodu tego, co się stało. I wtedy do jego głowy przyszła myśl. Myśl o tym, żeby poprosić o pomoc Leśną Wróżkę. Podzielił się tą myślą z pozostałymi krasnoludkami i wszyscy pobiegli szybko pod wielką choinkę, bo to właśnie tam można było przywołać na pomoc wróżkę. Żeby to zrobić, trzeba było zaśpiewać specjalną pieśń, którą mieszkańcy Doliny przekazywali sobie od lat z pokolenia na pokolenie. Była ona bardzo piękna i melodyjna – jak spokojnie płynąca rzeka. Krasnoludki złapały się za ręce i zaczęły śpiewać pieśń. Ich śpiew usłyszał Krokietek i poczuł, że dzieje się coś bardzo ważnego. Mimo silnej wciąż złości, dołączył do nich we wspólnym śpiewie. Gdy pieśń dobiegła końca, krasnoludki zobaczyły zbliżającą się do nich Leśną Wróżkę. Opowiedziały jej, co się stało i poprosiły o pomoc.

– Chętnie wam pomogę. Zrobię ciasto i choinkowe bombki. Ale nie mogę zrobić ich ot tak z niczego. Potrzebuję czegoś, co jest ważne i silne.

– Ważne i silne? Ważne i silne… – Krasnoludki mruczały pod nosem i myślały, co to może być.

– Już wiem! – Wykrzyknął Rodzynek. – To nasze uczucia! Mieliśmy dziś dużo ważnych i silnych uczuć. Ja czułem tak wielką radość, że aż trudno mi było się zatrzymać. Orzeszek mocno się zawstydził. Maczek czuł zazdrość. Cynamonek tak bardzo się zaciekawił, że zapomniał o pierniku. Orzeszek czuł tak mocną złość, że aż od nas uciekł. A Migdałek tak silny strach, że do tej pory się nie odzywa. No a Suszek w swoim wielkim smutku wymyślił, żeby szukać pomocy u ciebie.

– O, to rzeczywiście ważne i silne rzeczy. – Powiedziała Wróżka. Usiądźcie sobie tutaj, zamknijcie oczy i pomyślcie teraz o tych wszystkich uczuciach, a ja wtedy spróbuję je zebrać do mojego słoika.

I krasnoludki tak właśnie zrobiły. A wróżka jedno po drugim zebrała te uczucia do wielkiego szklanego słoja.

– Z Radości powstanie pyszny świąteczny piernik. Gdy będziecie go wspólnie jeść, to sami poczujecie radość. – Powiedziała wróżka i machnęła swoją różdżką. A wtedy ze słoika wyfrunęła iskrząca się smuga światła i przybrała kształt piernikowego ciasta.

– Z pozostałych uczuć zrobimy choinkowe bombki. – Powiedziała wróżka i znów machnęła różdżką.

Ze słoika zaczęły wyfruwać kolejne wstęgi światła w różnych barwach i jedna za drugą zamieniały się w błyszczące bombki. A potem każda z nich pofrunęła w górę i usiadła na choince.

Krasnoludki otwierały oczy ze zdziwienia i podekscytowania.

– Jaka piękna. – Szeptały do siebie. – Patrząc na zielone drzewko mieniące się kolorami ich uczuć.

A ponieważ wszystkie te trudne i nieprzyjemne uczucia odpłynęły z nich, to czuły teraz lekkość i spokój.

Krasnoludki z całego serca podziękowały wróżce, a potem stanęły dookoła choinki, trzymając się za ręce i wspólnie zaśpiewały kolędę o narodzeniu Bożego Dzieciątka.

Emocje z plasteliny

Plastelina to jedna z moich ulubionych pomocy do tego, żeby pogadać o emocjach 🙂

Można fantazjować, jaki kolor miałyby nasze emocje, kształt, wielkość. Można kulkami emocji nakarmić Stworki Uczuciorki (powstały z kartonowych pudełek po herbacie i szablonów z serwisu Printoteka) – a ponieważ lubią one wiedzieć, co zjadają, to fajnie będzie im opowiedzieć, co to za uczucia dziś serwujemy 😉 Można też pozlepiać ze sobą różne emocje, tak jak to przecież w życiu często bywa i stworzyć np: smutkozłość (bo może zepsuło się coś bardzo lubianego?), smutkoradość (bo w przedszkolu lub w szkole może dzieje się wiele fajnych rzeczy, między którymi hula tęsknota za rodzicami?), strachozłość (to chyba częste u rodziców, np. gdy dziecko zalicza czołówkę z podłogą, mimo wielu próśb o ostrożność?). Miksować można dowolnie, tworząc złożone emocjonalne menu każdego dnia 😉

O słoiku pełnym emocji można przeczytać tutaj.

O tym, jak tata zgubił się w labiryncie i czy udało mu się odnaleźć wyjście.

– 28, 29, 30, szukam! – Wykrzyknął tata, otwierając oczy i odchodząc od drzewa. – Hmmm… gdzie on się schował? Może poszukam go tam. – Powiedział tata bardzo głośno, wskazując w przeciwnym kierunku do kryjówki Antka.

Oczywiście tata doskonale wiedział, gdzie schował się jego synek, jednak liczył na to, że dzięki tej zabawie zyska odrobinę czasu, by posiedzieć w ciszy z zamkniętymi oczami.

– Poszukam najpierw dokładnie w tamtym miejscu. – Powiedział głośno, po czym usiadł kawałek dalej na trawie pod drzewem i zamknął oczy.

No dobra, zanim się zorientuje, mam kilka minut spokoju… Słońce tak przyjemnie grzeje… błoga cisza dookoła. Może by się tak zdrzemnąć małą chwileczkę…

– Tato!

A mogło być tak pięknie…

– Szukam, szukam, nie zdradzaj pozycji.

Tata otworzył oczy, wstał i ruszył z miejsca. I od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Kilka metrów przed nim zamiast łąki, na której bawił się z Antkiem, wyrósł, nie wiadomo skąd, labirynt zbudowany z czegoś, co przypominało olbrzymie, kolorowe klocki.

– Antek? – Zawołał tata głośno – Jesteś tu?

Cisza.

O co chodzi?!

Tata szybko przeanalizował, co dziś jadł i pił.

Musi być przecież jakieś racjonalne wytłumaczenie.

No właśnie. Tata to przecież jednostka racjonalna. Nie wierzy w jakieś tam doznania pozacielesne.

I wtedy na dobitkę, z labiryntu wyfrunął… robot. Dokładni taki sam, jak w kreskówkach Antka.

I wtedy tatę olśniło…

No jasne… zasnąłem przecież… to jest mój sen. Antek ciągle ogląda kreskówki z tym robotem, mówiłem, że będzie mi się to w końcu śniło.

Tata od razu poczuł ulgę. Sen to sen, wszystko się w nim może zdarzyć.

Tymczasem robot podfrunął do niego i odezwał się:

– Witaj człowieku tato. Nazywam się Grand Padre Super. W skrócie GPS. Będę twoim przewodnikiem w labiryncie.

– O fajnie, a czy muszę tam wchodzić? W sumie, to mógłbym się już obudzić.

– Możesz się obudzić dopiero, gdy odnajdziesz swojego syna i wyjście z labiryntu.

– A, to taka gra, no w porządku. A ty masz być moim przewodnikiem tak? To którędy idziemy?

– Sam musisz zdecydować. Do wyboru masz kilka wydeptanych dróg, jakimi od dawien dawna podążali ojcowie. Jeśli ci się uda, odnajdziesz syna oraz uzyskasz tytuł „Ojca Roku”.

– O fajnie, pochwalę się żonie. – Zaśmiał się tata. – To jakie drogi mam do wyboru?

– Jako najbardziej tradycyjną, uczęszczaną od wielu pokoleń polecam ci tą oto drogę. – Odpowiedział robot, wskazując kierunek oznaczony drogowskazem:

DROGA SUROWEJ DYSCYPLINY

– Żeby iść tą drogą, musisz być surowy jak tatar z cebulką! – Mówił dalej robot. – Ściągnij brwi… mocniej… jeszcze trochę, tak na kształt litery V. O teraz dobrze, Tak trzymaj i idziesz… Ryknij od czasu do czasu, żeby wzbudzić respekt otoczenia.

Tata nieudolnie starał się dostosować do postawionych mu wymagań, choć szybko poczuł, że robi się jakiś spięty.

– A to co? – Zapytał, gdy robot podał mu jakiś dziwny kijek.

– A to dystans. – Odpowiedział robot. – Dystans emocjonalny. Trzymasz sobie ten kijek złożony, a jak dziecko za bardzo się zbliża, to rozkładasz przed sobą i pokazujesz właściwą odległość. W ten sposób unikniesz tego całego przytulania, całusków i innych ceregieli, które tylko psują charakter człowieka.

– Eeee, wiesz co, chyba nie bardzo odpowiada mi ta droga. Ja tak szczerze to lubię te ceregiele.

– No dobrze, w takim razie oto druga, również popularna droga. – Robot wskazał na inny drogowskaz.

DROGA PRACY I PIENIĘDZY

– To twoja wyprawka na tą drogę. – Powiedział, wręczając tacie walizkę. – W środku jest śniadanióweczka z posiłkami na cały dzień, zdjęcie rodziny na biurko i miękki jasiek, gdyby ci się przysnęło przy tym biurku.

– Hmmm… – Tata otworzył walizkę i przyjrzał się jej zawartości. – Wiesz, nie chciałbym wyjść na lenia, ale jednak wolałbym mieć trochę więcej czasu dla rodziny, także tego…  – Powiedział tata.

– Skoro tak, to tutaj jest jeszcze jedna droga, prosta, mało wymagająca, przejdziesz bez problemu. – Powiedział robot, przyglądając się tacie od góry do dołu.

DROGA CIENI

Tata wychylił się za róg, by zobaczyć wskazaną drogę.

– Co to za olbrzym tam stoi? – Zapytał, widząc olbrzymi ludzki kształt.

– To pradawna wszechwiedząca istota zwana Matką. Jak już mówiłem, ta droga nie jest zbyt wymagająca, musisz po prostu trzymać się w cieniu Matki.

Tata aż zagwizdał z wrażenia.

– Yyyy, wiesz, chyba wolałbym odegrać jakąś ważniejszą rolę niż tylko być cieniem tego giganta.

– No tak, to były takie bardziej tradycyjne drogi, ale skoro ci nie pasują, to polecam ci coś bardziej nowoczesnego.

DROGA TWARDZIELI

– Żeby iść tą droga, musisz się odpowiednio przygotować. – Powiedział robot. – Klata do przodu, biceps napnij i jedziemy pompeczki… 1, 2, 3… 10… 100.

Tata dawno nie odwiedzał siłowni, właściwie to nie był pewien, czy kiedykolwiek tam był.

– Dobra… wystarczy… – Wydyszał tata. – Wiesz GPS, zazwyczaj chętnie korzystam z twoich wskazówek, ale tym razem chyba podziękuję.

Robot zastygł przez chwilę w powietrzu jak ważka.

– Nie to nie. Radź sobie sam. Prrrrrrrrrrrr. – Robot wyraził, jak bardzo czuje się obrażony, po czym odleciał i zniknął gdzieś w głębi labiryntu.

Tata zaczynał mieć już dość tego snu i bardzo chciał się obudzić. Nie wiedząc jednak, jak to zrobić,  usiadł na kamieniu, na którym widniał wielki znak zapytania.

I wtedy usłyszał to coś. To coś, co słyszał nieustannie… W sobotni poranek przed świtem… przez drzwi toalety… zza pokrywy laptopa… gdy otwierał lodówkę… Głos, który sprawiał, że chwilami tata marzył, by zamienić się w kamienny posąg. Lecz teraz, w tej właśnie chwili, wydał mu się on najmilszym głosem na świecie.

– TATO!!! Gdzie jesteś?

– Antek! Tu jestem synku! – Wykrzyknął tata radośnie i przytulił mocna Antka. – Znalazłem cię… a raczej ty mnie znalazłeś. Tylko, że nadal jesteśmy w moim śnie i nie mam pojęcia, jak wyjść z labiryntu, a ten twój robot powiedział, że tylko wtedy mogę się obudzić.

– Legenda głosi, że tylko człowiek, który gotowy jest porzucić utarte ścieżki i spojrzeć w głąb siebie, ma w sobie prawdziwą siłę i moc, która pozwoli mu odnaleźć swoją własną drogę i wyjść z labiryntu. – Wyrecytował Antek.

Tacie szczęka opadła. Zdołał jednak wycedzić:

– Skąd to wiesz???

– Za tobą jest tablica informacyjna. Nie wiem za bardzo, co to znaczy, ale wiem, że jak chwilę się zastanowisz, to znajdziesz drogę bez tych strzałek. Myśl sobie spokojnie, a ja tu posiedzę przy tobie. – Powiedział i oparł głowę na kolanach taty.

I wtedy tata poczuł to maleńkie ale silne uczucie, kiełkujące w brzuchu, promieniujące do serca, głowy i nóg. To, które czuł 7 lat temu, gdy w szpitalnej sali zobaczył i usłyszał to małe, wrzeszczące coś… I teraz już wiedział, którędy ma iść.

– Idziemy przed siebie. – Powiedział, biorąc Antka za rękę i wstając na nogi. – Ale niestety w przypływie emocji tata nie zauważył potężnej gałęzi drzewa tuż nad swoją głową (nie było tu wcześniej żadnego drzewa, ale przecież to sen) i uderzył w nią z całym impetem.

Zabolało, oj zabolało tak bardzo, że aż tata złapał się za głowę, zamknął oczy i usiadł, słysząc dzwonienie w uszach…

Dzwonienie… dzwonienie… zaraz, to nie dzwonienie… to znów ten dźwięk… głos…

– Tato! Miałeś mnie szukać.

Tata otworzył oczy.

– Antek?

Rozejrzał się. Nie ma labiryntu.

– Antek, czy ja śpię, czy już nie?

Antek popatrzył na tatę podejrzliwie.

– Żarty sobie stroisz tato? Miałeś mnie szukać.

– Ooo, nie śpię, obudziłem się! – Odśpiewał tata, wstając i tańcząc z radości.  – Wiesz synku, przepraszam, przysnęło mi się odrobinkę i miałem taki dziwny sen. Byłem w labiryncie i był tam ten twój robot z bajki i kazał mi cię szukać, ale nie mogłem cię znaleźć, ale to ty znalazłeś mnie i…

– Wiesz tato, ja zawsze cię znajdę, tylko przestań się już włóczyć po labiryntach. – Powiedział Antek, patrząc na tatę z politowaniem. – A teraz chodź się bawić.

Tata uścisnął rękę Antka i poszedł za nim. I nie miał pojęcia, jak to się stało, ale z telefonu schowanego w kieszeni spodni wydobył się nagle głos przypadkiem włączonej nawigacji:

– Dotarłeś do celu.