Archiwum kategorii: Życzliwość i wzajemny szacunek

Supermoc małego jeża

W Malinowym Lesie mieszkały różne zwierzęta. Wśród nich byli też przyjaciele: jeż i bóbr. Choć bardzo się od siebie różnili, to bardzo też się lubili i spędzali razem dużo czasu. Jeż podziwiał bobra, że jest taki zdolny, pracowity, pomysłowy.

– Bóbr, ty to masz moc. – Mówił z zachwytem jeż. – Budujesz takie świetne rzeczy z drzew.

– Dziękuję przyjacielu. – Odpowiadał bóbr. – Bardzo mi przyjemnie, gdy tak mówisz.

– Ale wiesz, bobrze, trochę mi smutno…

– O, a dlaczego?

– Smutno mi, bo ty masz swoją moc, inne zwierzęta też mają swoje moce, a ja nie mam, a też chciałbym mieć.

Bóbr zaciekawił się bardzo tym, co mówił przyjaciel.

– A jakie moce mają inne zwierzęta?

– No, sowa jest bardzo mądra i wszystko wie… lis jest bardzo sprytny i zawsze wymyśla coś świetnego… niedźwiedź jest taaaaki silny a wilk najodważniejszy w całym lesie. Tylko ja nie mam żadnej mocy. – Zakończył jeż zasmucony.

– Oh, oj, no wiesz… ja myślę… – Bóbr bardzo chciał pocieszyć przyjaciela, ale nie wiedział, co ma mu powiedzieć. – Myślę, że też masz jakąś moc, tylko może jeszcze o niej nie wiesz.

Jeż zwinął się w kolczastą kulkę i poturlał się do swojego domu.

Przez najbliższe tygodnie bóbr zajęty był budową nowej tamy na pobliskiej rzece. To była dla niego bardzo ważna budowla. Niestety, gdy tama była już prawie gotowa, przyszła potężna burza i zniszczyła jego wysiłki. Bóbr był bardzo zmartwiony. Gdy tak siedział przy zburzonej tamie, zauważyły go inne zwierzęta i podeszły do niego.

– Oh wiesz co, widzę, że źle to wcześniej budowałeś, nic dziwnego, że się zawaliła. – Powiedziała sowa, przyglądając się tamie.

– Tak, tak, sowa ma rację. – Powiedział lis. – Pokażemy ci, jak to lepiej zbudować, chcesz?

Ale bobra te ich słowa jeszcze bardziej zasmuciły, więc się rozpłakał.

Wtedy podeszli do niego wilk i niedźwiedź.

– Hej, to nie powód do płaczu. Zamiast rozpaczać, musisz wziąć się znów do pracy i zbudować wszystko od nowa. Jesteśmy silni, pomożemy ci, chcesz?

Ale bobra rozzłościły te ich słowa, więc tylko rzucił im gniewne spojrzenie i poszedł w las.

Gdy był już daleko, usiadł na ściętym pniu drzewa. Wtedy po cichutku podszedł do niego jeż i powiedział:

– Widziałem, że burza zniszczyła twoją tamę.

A potem usiadł obok przyjaciela i po prostu był obok. I nic nie mówił.

Dopiero po chwili się odezwał.

– Bobrze, nie wiem, co zrobić, żeby ci pomóc. Nie znam się na budowaniu i nie jestem silny.

A Bóbr już znacznie spokojniejszy odpowiedział:

– Wystarczy, że jesteś.

I uścisnął łapkę jeża. A po chwili dodał.

– Wiesz, przyjacielu, myślę, że to jest twoja supermoc.

– Jaka? – Zapytał zdziwiony jeż.

– Po prostu jesteś.

Życzliwa Pchła

W Wielkim Lesie mieszkały różne zwierzęta. Większość z nich żyła ze sobą w zgodzie. Ale wśród nich były też małpy, które zachowywały się w bardzo złośliwy sposób. Gdy się śmiały, to tylko z innych. Ten był za niski, tamten za chudy, ten nie umiał malować, a tamten śpiewać. Zamiast pomocnej dłoni podstawiały innym nogi. Zamiast miłych słów, mówiły złośliwości. Nikt już nie pamiętał ich imion, bo mówiły do siebie tylko przezwiskami. Wszystkie inne zwierzęta dookoła miały tego dość. Postanowiły więc, że trzeba coś z tym zrobić.

– Niech idzie do nich lew. – Orzekły zwierzęta. – Jest groźny i surowy. Jak na nich ryknie, to się w końcu kogoś wystraszą i zaczną się dobrze zachowywać.

No i lew poszedł. Ryknął. Zrobił groźną minę. Pokazał kły i pazury. Małpy trochę się wystraszyły. I chwilę siedziały cicho. Lew dumny jak paw odszedł. A gdy tylko się oddalił, małpy zerwały się jak szalone i rozbiegły na wszystkie strony, robiąc innym złośliwe żarty.

Zwierzęta znów się naradzały.

– Niech sowa z nimi pogada. Ona jest najmądrzejsza. Wszystko im wyjaśni i jej posłuchają.

No i sowa poszła. A raczej pofrunęła. Wyprostowała się. Zrobiła poważną minę. Uniosła palec w górę, by podkreślić ważność swoich słów. I mówiła. Mówiła długo trudnymi słowami. Małpy słuchały, robiły mądre miny, że rozumieją. Kiwały głowami, że się zgadzają i obiecują poprawę. Sowa odfrunęła bardzo z siebie zadowolona. A gdy tylko zniknęła w powietrzu, małpy zachichotały i rozpierzchły się po lesie.

Zwierzęta stwierdziły bezradnie, że nic już nie da się zrobić ze złośliwymi małpami i że skoro one są niemiłe, to wszyscy inni też dla nich tacy będą.

 Pewnego dnia do tej krainy zawitała przejazdem (a raczej przeskokiem) maleńka życzliwa pchła. Oczywiście nikt nie był w stanie jej zobaczyć, tak była mała.

Pchła nic nie mówiła. Tylko patrzyła i słuchała z zaciekawieniem. I po chwili dostrzegła, że małpy wcale nie są cały czas złośliwe.

Pchła właśnie obserwowała, jak Jasnobrązowa małpa próbuje zbudować dom z patyków i gałęzi. Wkładała w to mnóstwo pracy. Ale chyba nie była z siebie zadowolona.

Pchła skoczyła na jej ramię, wspięła się wyżej i szepnęła do ucha:

– Twoja praca jest bardzo ważna. Życzę ci powodzenia.

Jasnobrązowa małpa rozejrzała się dookoła. Nikogo nie zobaczyła, ale słowa, które usłyszała, wywołały uśmiech na jej twarzy i ponownie wzięła się do pracy.

Kawałek dalej pchła zobaczyła Kasztanoworudą małpę, która cichutko pod nosem śpiewała sobie piosenkę. Rozglądała się też niepewnie dookoła, jakby bała się, że ktoś ją zobaczy i usłyszy.

Pchła podskoczyła do niej i szepnęła do ucha:

– Bardzo przyjemnie jest słuchać, gdy śpiewasz.

Małpa najpierw zaczerwieniła się zawstydzona. Ale po chwili zrobiło jej się tak miło, że uśmiechnęła się i śpiewała dalej.  A pchła ruszyła przed siebie w podskokach.

Tym razem zatrzymała się przy Ciemnobrązowej małpie, która próbowała zdjąć z jabłka malutki włos – widocznie miała ochotę na jabłko, a ten włos jej przeszkadzał. Niestety swoimi dużymi palcami nie potrafiła chwycić maleńkiego włoska. Bardzo ją to denerwowało i męczyło. Była już bliska płaczu.

Pchła poczuła sympatię dla tej zmęczonej małpy. Skoczyła na jabłko i szybko strąciła włosek na ziemię. Zdumiona i uradowana jednocześnie małpa szybko schrupała jabłko i poczuła wielką ulgę.

A pchła ruszyła dalej.

Nad brzegiem strumyka siedziała ze spuszczoną głową Prawieczarna małpa i kreśliła coś palcem na piasku. Pchła podskoczyła bliżej i zobaczyła na piasku napis „Nikt mnie nie lubi”. Pchle, która była bardzo życzliwym stworzonkiem, zrobiło się smutno. Wpadł jej też do głowy pewien pomysł.

Szybko zawróciła, by odnaleźć znów trzy małpy, które niedawno spotkała. Każdej z nich szepnęła do ucha, że Prawieczarna małpa potrzebuje ich pomocy. Małpki, choć nie wiedziały dlaczego, poczuły, że chcą jej pomóc i szybko ją odnalazły. Gdy zobaczyły, że siedzi smutna i zobaczyły, co napisała na piasku, to nie wiedziały, co mają zrobić. Przecież do tej pory robiły różne złośliwe rzeczy.

– Po prostu bądźcie życzliwe. – Szepnęła do nich pchła.

Małpy usiadły więc obok niej i bardzo delikatnie ścisnęły jej łapki. Siedziały razem w ciszy. A po chwili Prawieczarna małpa odwzajemniła ten życzliwy uścisk i zmazała łapką napis na piasku.  

Wszystkie cztery pierwszy raz od dawna czuły się dobrze w swoim towarzystwie dzięki temu, że ktoś inny okazał im życzliwość. Postanowiły więc, że teraz przekażą tą życzliwość dalej. Jedna z nich poszła więc na północ, druga na południe, trzecia na wschód, a czwarta na zachód. A gdy napotkały kogoś na swojej drodze, przekazywały życzliwy uśmiech, słowo lub gest.

Pchła siedziała wysoko na drzewie i z radością w sercu obserwowała, jak życzliwość zatacza coraz większe kręgi w Wielkim Lesie.

“Wyspa Elfów”

Na środku wielkiego oceanu leżała wyspa elfów, a wokół tej wyspy rozsiane były jeszcze inne maleńkie wysepki. Elfami opiekowała się ich mądra Królowa. Elfy lubiły razem bawić się, pracować i odpoczywać. Ale każdy z nich bardzo chciał być we wszystkim zawsze pierwszy, najlepszy, najważniejszy. Gdy grały w jakąś grę lub wykonywały razem jakieś zadanie, krzyczały głośno jeden przez drugiego:

– Ja, ja będę pierwszy, ja to zrobię najlepiej!

A każdy krzyczał tak głośno, że żaden z nich nie słyszał, co krzyczą inni. Za to wszystkie ich krzyki słyszała Królowa. Elfy często pisały do niej listy z prośbami, a każda z tych próśb brzmiała podobnie:

– Królowo, proszę cię, pozwól mi być najlepszym, najważniejszym z elfów.

Królowa, która bardzo kochała swoje elfy, zastanawiała się, co zrobić, by każdy z nich mógł dostać to, czego potrzebuje.

W końcu wpadła na pewien pomysł.

Gdy elfy już spały, wezwała na pomoc motyle i poprosiła je, by przeniosły każdego elfa osobno na jedną z wysp tak, by każdy z nich miał swoją własną wyspę, na której będzie zawsze pierwszy i najlepszy. Gdy rano elfy obudziły się, były bardzo zdziwione. Każdy znalazł jednak liścik od Królowej:

„Drogi Elfie. Twoje pragnienie zostało spełnione. Oto twoja własna wyspa, na której już zawsze możesz być pierwszy, najlepszy i najważniejszy”.

Elfy jednak nie cieszyły się z tego. Przecież lubiły być razem z innymi elfami, a teraz czują się samotne i nieszczęśliwe.

Królowa też była zdziwiona, że jej pomysł im się nie spodobał. Przez cały dzień krążyła nad wysepkami i rozmawiała z elfami.

– Dlaczego nas rozdzieliłaś? – Pytały elfy.

– Przecież każdy z was pragnie być pierwszy, najlepszy, najważniejszy. Nie mogę spełnić pragnień was wszystkich, gdy jesteście razem. – Odpowiedziała królowa.

Niektóre elfy zamyśliły się i mówiły cichutko same do siebie.

– Ja lubię być pierwszy i najlepszy ale inni też to lubią.

Królowa widziała, że elfy nie są szczęśliwe więc znów wezwała na pomoc motyle i w nocy przysłała każdemu elfowi łódkę i liścik.

„Drogi elfie. Twoje pragnienia są bardzo ważne, tak samo jak pragnienia innych elfów. Jednak nie zawsze mogą być wszystkie od razu spełnione. Kiedy będziesz gotowy to zaakceptować i być z innymi na wyspie, wsiądź do łódki i wracaj. Jeśli jeszcze nie jesteś na to gotowy, możesz zostać na swojej wyspie tak długo jak potrzebujesz, a ja będę cię odwiedzać. Pozdrawiam, Królowa”.

Kilkoro elfów natychmiast wsiadło do swoich łódek i popłynęło na wyspę.

Byli też tacy, którzy trochę się zastanawiali, ale w końcu też wrócili. Kilkoro zdecydowało, że jeszcze trochę pobędą na swojej wysepce i może wrócą później.

Elfy, które wróciły już na wyspę, nadal bardzo chciały być pierwsze, najlepsze, najważniejsze. Wiedziały jednak, że inni też tego potrzebują. Starały się więc szanować nawzajem siebie i swoje pragnienia.

Dziewczynka spod Gwiazdozbioru Żyrafy

Pewnej grudniowej nocy, pod jedną z gwiazd szczególnie tej nocy widocznego Gwiazdozbioru Żyrafy, w małym i spokojnym miasteczku przyszła na świat dziewczynka. Miała kasztanowe włosy jak jej mama i zielone oczy jak jej tata. I miała jeszcze coś, czego nie mieli ani mama, ani tata. Jej skórę pokrywały delikatne plamki o lekko brązowym odcieniu – zupełnie jak u żyrafy. I gdy pierwszy raz ujrzeli ją na świecie pokochali jej kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki. Te plamki trochę ich zmartwiły a trochę zastanawiały – skąd się wzięły? Pan doktor, który czuwał nad dziewczynką, gdy przyszła na świat, też jeszcze nie wiedział, skąd wzięły się plamki. Powiedział, że są one częścią dziewczynki i tyle. A później, gdy tata spojrzał w niebo i zobaczył jasno świecący Gwiazdozbiór Żyrafy, zrozumiał, że ta mała dziewczynka będzie dla nich kimś wyjątkowym.

Przywitała świat donośnym krzykiem, a potem ukojona czułym kołysaniem zasnęła w ramionach swojej mamy. Mama i tata kochali ją najmocniej na świecie i towarzyszyli jej w każdym ważnym momencie życia.

Nazwali ją Basia. Tak więc Basia rosła bardzo prędko. Rosły jej ręce, nogi, rosły także brązowe plamki na ciele. Gdy tylko Basia nauczyła się chodzić, to od razu zaczęła też skakać, Bardzo to lubiła, skakała po wszystkim, co się dało: po łóżku, po krzesłach, po trawie, po brzuchu taty, gdy leżał na kanapie. Aż w końcu tata kupił dla niej małą trampolinę i postawił ją w ogródku. I na niej też Basia skakała. Naprawdę wysoko. Basia lubiła też obserwować wieczorem niebo. Tata opowiadał jej o gwiazdach i planetach. Opowiedział też o szczególnie dla nich ważnym Gwiazdozbiorze Żyrafy.

Mała Basia nie tylko rosła ale też stawała się coraz mądrzejsza i bystrzejsza. I już wkrótce zaciekawiła się tym, że wśród wszystkich znanych jej osób tylko ona jedna ma na rączkach, nóżkach i brzuszku plamki – zupełnie tak jak ta żyrafa, co ma cały gwiazdozbiór.

– Mamo, czy w naszej rodzinie jest jakaś żyrafa? – Zapytała raz Basia swoją mamę.

– Nie kochanie, nie ma. A chciałabyś, żeby była? – Odpowiedziała mama z uśmiechem, pod którym kryło się zmartwienie.

Tak, mama zmartwiła się, że Basia może źle się czuć ze swoimi plamkami.

Ale Basia nie czuła się źle. Czuła, że mama i tata i wszyscy najbliżsi, których miała, kochali ją calutką od stóp aż po czubek głowy, a przecież po drodze są też plamki. Basia była po prostu ciekawa.

Razem z Basią rosły też inne dzieci, które znała i te, które dopiero poznawała. I te dzieci coraz częściej przyglądały jej się uważnie. Niektóre, gdy już się przyjrzały i znudziły tym przyglądaniem, to bawiły się dalej w najlepsze. Inne pytały, czemu ma takie plamki. A jeszcze inne pokazywały ją sobie palcami i chichotały.

Basia zaczęła czuć się nieswojo. A już najbardziej nieswojo poczuła się, gdy któregoś dnia jakiś chłopiec powiedział do niej:

– Dziwne te twoje plamy. Czemu ty je wszędzie masz? Nie możesz ich zmyć?

Dziewczynka poczuła, jak nagle robi jej się gorąco. Skurczyła się w sobie i spuściła wzrok. I tym razem po powrocie do domu zapytała mamę już bardziej stanowczo i ze złością w głosie:

– Mamo, dlaczego ja mam takie plamki, a nikt inny ich nie ma?

Mama odpowiedziała jej to, co mówiła już wcześniej:

– Nie wiem dlaczego. Gdy się urodziłaś, one były już z tobą.

– Mamo ja ich nie chcę, czy one kiedyś znikną? Przez te plamy jestem dziwna.

– Słyszę, że czujesz się z nimi źle. Nie wiem, czy one znikną. Ja nie mogę tego sprawić. Mogę za to być przy tobie wtedy, gdy poczujesz się smutna.

Mama przytuliła mocno Basię i zobaczyła, jak rozluźniają się jej dłonie, które wcześniej trzymała zaciśnięte w pięści. A po chwili zapytała jeszcze:

– Czy mogę zdradzić ci pewien ważny sekret?

Dziewczynka z mokrymi od łez oczami, ale bardzo zaciekawiona, kiwnęła głową.

– Rzeczy są takie jakie są. Nie są ani ładne, ani brzydkie, nie są zwyczajne ani dziwne. One po prostu są. Ale musimy nauczyć się patrzeć, żeby je naprawdę zobaczyć… a nie tylko widzieć je tak, jak sobie wymyśliliśmy, że wyglądają. To czasami jest bardzo trudne.

Basia próbowała zrozumieć, o co chodzi mamie, a mama dodała jeszcze:

– Ty jesteś Basią. Masz kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki na ciele. Jeśli ktoś będzie umiał patrzeć, zobaczy taką właśnie Basię, z którą będzie mógł się zaprzyjaźnić.

Teraz Basia już zrozumiała i jeszcze mocniej przytuliła mamę.

Jakiś czas później Basia bawiła się na dworze, gdy podeszła do niej dziewczynka i zaczęła jej się przyglądać zdziwiona. A po chwili powiedziała:

– Ej, co ty masz na rękach?

Basia poczuła, że serduszko tak nieprzyjemnie szybko jej bije. Wzięła wtedy głęboki oddech, zebrała całą siłę, jaką miała w sobie i powiedziała:

– Jestem Basia. Mam takie plamy i już. Jeśli chcesz, możesz się ze mną zaprzyjaźnić. Możemy poskakać razem na trampolinie, jestem w tym naprawdę świetna. Mogę też opowiedzieć ci o gwiazdach i planetach, bo dużo wiem na ten temat. Chcesz?

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy i zaniemówiła na chwilę zaskoczona. Potem uśmiechnęła się do Basi i odpowiedziała:

– Jestem Alicja. O planetach to ja za bardzo nic nie wiem, ale założę się, że na trampolinie cię pokonam.

No więc poszły sprawdzić, kto rzeczywiście wyżej skacze. I bardzo dobrze się bawiły. Tak dobrze, że zapomniały już, że miały to sprawdzić. A później Basia na prawdę opowiedziała Alicji o kosmosie, gwiazdach i gwiazdozbiorze żyrafy.

Ale nie zawsze było tak łatwo. Czasem zdarzało się, że jakiś chłopiec albo dziewczynka nie chcieli słuchać jej przyjaznych słów i śmiali się z niej lub mówili coś przykrego. Wtedy Basia wiedziała, że oni nie potrafią jeszcze patrzeć tak, żeby widzieć coś na prawdę (tak jak wyjaśniała jej mama). I chociaż nadal było jej z tym trudno i nieprzyjemnie, to wiedziała, że nie na wszystko można od razu znaleźć rozwiązanie. Przypominała sobie wtedy, że jest Basią, która lubi skakać i wie dużo o gwiazdach, a jeśli ktoś mówi, że jest “dziwna”, to znaczy, że on tak mówi, a nie że Basia taka właśnie jest. A gdy mimo to było jej czasem bardzo źle, bo wyczerpała już wszystkie swoje siły, to szła do kogoś, kto naprawdę umiał patrzeć, np. do mamy i taty. Śmiali się wtedy i bawili albo po prostu w milczeniu gapili na gwiazdy. I to było dla niej naprawdę pomocne.

Świetliści

Są na świecie takie tajemnicze miejsca, których nie można znaleźć na żadnej mapie. Sekretne moce chronią je przed żądnymi przygód podróżnikami. Jednym z takich miejsc jest Świetlista Dolina otoczona Księżycowym Lasem. Skąd wiem o tym miejscu? To musi pozostać moją tajemnicą. Jej mieszkańcy nie chcieliby, żeby zbyt wiele osób wiedziało o ich istnieniu. A nazywają się oni Świetliści. Jest takie powiedzenie, że mowa jest srebrem a milczenie złotem. Świetliści porozumiewają się ze sobą w srebrzysto – złotym języku. Nie wypowiadają słów. Ich myśli i uczucia przybierają kształt srebrzysto – złotych smug światła, które wydobywają się z ich umysłów i wędrują po niebie, by po kilku chwilach stopić się z obłokami lub prysnąć jak bańka mydlana. My pewnie moglibyśmy o nich powiedzieć, że nie są zbyt rozmowni. Świetliści muszą naprawdę dobrze się znać, żeby porozmawiać ze sobą o czymś ważniejszym niż tylko pogoda. Był jednak wśród nich chłopiec, który różnił się od pozostałych. Można by o nim powiedzieć, że to co nosił w sercu, uwalniał zaraz na zewnątrz. Pragnął ze wszystkimi dzielić się swoimi radościami a czasami także smutkami. Lubił przekazywać innym swoje myśli, nie ważne czy byli to bliscy krewni, czy dalecy znajomi. Nie wszyscy jednak odwzajemniali jego życzliwość. Niestety znaleźli się tacy, którzy zaczęli wyśmiewać to, czym się z nimi dzielił, szeptali za jego plecami i przedrzeźniali go. Chłopiec początkowo próbował nie zwracać na to uwagi, ale z czasem te żarty i śmiech stały się dla niego nie do wytrzymania. Chłopiec postanowił, że już nigdy z nikim nie podzieli się swoimi myślami i uczuciami.

Nie było to łatwe zadanie, bo chłopiec był bardzo wrażliwy. Z zaciekawieniem patrzył na świat wokół niego, a w jego głowie wciąż kłębiły się myśli i uczucia, którymi chciałby podzielić się z innymi. Ale od tej pory zamknął się w sobie. Rozmawiał o pogodzie, o wczorajszym obiedzie, jednak nikomu nie pokazywał tego, co dla niego było naprawdę ważne. Inni Świetliści zauważyli tą zmianę. Jego bliscy martwili się i bezskutecznie próbowali dowiedzieć, się, co się z nim dzieje. Żałowali teraz, że nie rozmawiali z nim chętniej. Ci, którzy go wyśmiewali  najpierw byli trochę zdziwieni, a później zupełnie o tym zapomnieli.

Mijały dni i tygodnie. W głowie chłopca było coraz więcej skrywanych myśli  i uczuć i coraz trudniej było mu utrzymać je w środku. Czuł, że musi coś z tym zrobić, musi jakoś się ich pozbyć.

Pewnej nocy, gdy wszyscy spali, poszedł do Księżycowego Lasu. Szedł przed siebie, potykając się w ciemności o wystające korzenie drzew. W końcu dotarł do samego serca Lasu  –  do Królewskiego Dębu. Był to największy dąb w całym lesie. Chłopiec spojrzał w górę na drzewo. Jasny księżyc oświetlał srebrzystym blaskiem jego rozłożystą koronę. Chłopiec westchnął głęboko, rozłożył ręce i objął nimi szeroki pień drzewa. Zamknął oczy i zastygł w bezruchu. Po chwili z jego głowy wydobyła się wąska smuga światła, oplatając drzewo dookoła. Z początku nieśmiało, później coraz żwawiej, szybciej zaczęła przybierać kształty, tworząc najpierw pojedyncze obrazy, a potem całe sceny. Były to wszystkie radości, smutki, lęki i złość, które przez wiele dni chłopiec nosił zamknięte w swojej głowie i sercu. Smuga światła wiła się przez chwilę wokół drzewa, schodząc w dół, po czym zniknęła pod ziemią.

Chłopiec jeszcze przez chwilę stał przytulony do drzewa. Czuł się teraz taki lekki i swobodny, jakby pozbył się wielkiego ciężaru. Teraz już wiedział, że nie musi z nikim rozmawiać, z nikim dzielić smutków i radości. Wystarczy, że przyjdzie tu i wszystko z siebie wyrzuci. I tak było. Chłopiec nadal skrywał przed innymi Świetlistymi swoje myśli i uczucia. A gdy było mu już naprawdę ciężko wytrzymać z ogromnym ciężarem, jaki uzbierał się w jego sercu i głowie, szedł do lasu i wyrzucał wszystko pod Królewski Dąb.

Nie zauważył, że las zaczął się zmieniać. Powoli stawał się coraz bardziej ponury i nieprzyjemny. W końcu dostrzegli to Świetliści, nie wiedzieli jednak, dlaczego las tak się zmienił. Było w nim teraz ciemno, ponuro, nieprzyjemnie. Przestali więc przychodzić tutaj i chłopiec był teraz jedyną osobą, która wędrowała jego ścieżkami. W końcu także on to zauważył. Bardzo się tym zmartwił, bo las był wcześniej pięknym i spokojnym miejscem. To zmartwienie oczywiście stało się dla niego kolejnym ciężarem, którego musiał się pozbyć. Udał się więc pod Królewski Dąb i jak zwykle zaczął wyrzucać swoje myśli i uczucia. Gdy ostatnia smuga światła przedstawiająca jego zmartwienia i troski zniknęła zupełnie pod ziemią, chłopiec otworzył oczy i uważnie rozejrzał się dookoła. Z wielkim zdumieniem i niepokojem zauważył, że w miejscu, gdzie zniknęła, wyrosła kolczasta łodyga i zaczęła szybo się rozrastać. Jakieś lepiące pnącza zaczęły oplatać się wokół jego nóg, próbując wciągnąć go pod ziemię.

Chłopiec próbował wyrwać się, ale  były zbyt silne. W końcu przewrócił się i stracił przytomność. Obudziło go jakieś jasne, ciepłe światło. Powoli otworzył oczy i zobaczył nad sobą małe stworzonko przypominające motyla.

– Kim jesteś? – Zapytał chłopiec, choć oczywiście nie użył do tego słów tak jak my. Jego rozmowa ze stworzonkiem odbywała się za pomocą obrazów malowanych światłem. My byśmy jej nie zrozumieli, bo nie znamy języka Świetlistych, ale oni rozumieli się nawzajem doskonale.

– Jestem twoją radosną myślą. – Odpowiedziało stworzonko. – Tylko mi udało się wydostać spod ziemi i zatrzymać na chwilę w tej pięknej postaci. Ale niedługo ja także zgasnę tak jak wszystkie inne twoje radosne myśli. My możemy przetrwać tylko wtedy, gdy się nami z kimś podzielisz. Inaczej szybko tracimy swoją moc.

– Nie wiedziałem o tym. Te kolce i te paskudne rośliny to też moja sprawka prawda?

– No cóż … tak, niestety. Radość z nikim nie dzielona szybko rozpływa się pod ziemią bez śladu. Ale te nieprzyjemne myśli i uczucia są znacznie silniejsze niż my, a gdy próbujesz je ukryć, to tylko się powiększają. Smutek przybiera postać gęstej mgły, która zasłania słońce. Złość przebija się przez ziemię i tworzy kolczaste krzewy, które mogą zranić, a strach zamienia się w lepiące pnącza, które wciągają pod ziemię.

Chłopiec posmutniał, słuchając tego.

– Ale ja nie mogę się z nikim podzielić tymi uczuciami. Wszyscy mnie wyśmiewają.

– To nieprawda. – Odpowiedział motyl. – Było kilka takich osób, ale przecież jest też wiele takich, które cię wysłucha i zrozumie. Z nimi możesz się podzielić tym co najważniejsze dla ciebie. Z innymi możesz rozmawiać o mało ważnych sprawach.

Stworzonko zaczynało już powoli blednąć i rozpływać się w powietrzu.

– Zaczekaj, nie odchodź jeszcze. – Zawołało chłopiec.

– To nie ode mnie zależy. – Zdążyło jeszcze powiedzieć, po czym zniknęło zupełnie.

Nie chcę, żeby wszystkie moje radości zniknęły bez śladu. I nie chcę, żeby Księżycowy Las już na zawsze został taki ponury. – Pomyślał chłopiec i ruszył przed siebie, odważnie przedzierając się przez kolce i lepiące pnącza. Gdy wrócił do Świetlistej Doliny, udał się prosto do swojego domu i swoich bliskich. Bardzo się oni ucieszyli na jego widok, bo martwili się, że gdzieś zaginął. Chłopiec poczuł znów wielki ciężar w całym swoim ciele, swojej głowie i sercu. Nieśmiało pozwolił jednej małej myśli uwolnić się z jego głowy i przybrać jasny kształt, który inni mogli zobaczyć. Świetliści, widząc ten obraz, ucieszyli się bardzo, bo była to ważna i szczera myśl. Przysunęli się bliżej niego. Na ich twarzach pojawiły się uśmiechy. Nie złośliwe czy kpiące, ale życzliwe i szczere. Chłopiec uwolnił więc drugą myśl, a potem trzecią i czwartą, aż w końcu popłynęły one swobodnie, tworząc całe sceny. Świetliści przyglądali się im z zaciekawieniem i odpowiadali, także uwalniając swoje myśli i uczucia. Chłopiec poczuł, że cały ciężar powoli go opuszcza.

Zrozumiał ważną rzecz. Są takie osoby, z którymi może bezpiecznie podzielić  się wszystkimi swoimi radościami i zmartwieniami. W towarzystwie innych może te ważne sprawy zachować dla siebie. Nie musi wyrzucać wszystkiego ze swojej głowy i serca na zewnątrz, ale też nie musi wszystkiego chować i ukrywać. Zawsze może zdecydować, czy z jakąś osobą podzielić się tym, co dla niego ważne, czy zachować to dla siebie.

Również Księżycowy Las powoli wrócił do swojej dawnej natury. Chłopiec nadal przychodził pod Królewski Dąb, ale nie wyrzucał już tam swoich myśli. Dzielił je z tymi, którym ufał i wiedział, że go wysłuchają.