Archiwum kategorii: Starsze dzieci

O tym, jak mama się zepsuła i czy udało się ją naprawić…

– Halo… Dzień dobry, czy to Biuro ds. Najważniejszych na Świecie? – Zapytała Hania, trzymając przy uchu telefon swojej mamy. – Chciałam zgłosić potworną katastrofę! Moja mama się zepsuła! Zastygła w miejscu jak kamień. Z kieszeni wypadła jej karteczka z numerem telefonu do Państwa więc dzwonię.

– Proszę zachować spokój. Nasz specjalista już jest w drodze. – Odezwał się piskliwy głos.

Gdy tylko Hania usłyszała w telefonie sygnał oznaczający, że połączenie zostało zakończone, otworzyły się drzwi od lodówki i ze środka wyskoczył jakiś dziwaczny, mały stworek w okularach. Ubrany był w zielony fartuch i żółty krawat w kropki, a pod ręką trzymał kraciastą walizkę.

– Ty pewnie jesteś Hania? – Zapytał stworek, przybliżając do dziewczynki swoje okulary.

– Eeeee, tak. – Odpowiedziała Hania lekko oszołomiona. A Ty jesteś…

Zamiast odpowiedzi, stworek podał Hani małą karteczkę, a sam podszedł do zepsutej mamy, otwierając swoją walizkę.

Hania spojrzała na karteczkę. Była to wizytówka. Widniał na niej napis:

Pan Mamposz Tramposz, specjalista ds. zepsutych mam

– A skąd mama miała numer do was? – Zapytała Hania.

– Każda mama wyposażona jest w numer alarmowy. Tylko nie każdy z niego korzysta w razie potrzeby. – Wyjaśnił dziwaczny specjalista, po czym wyciągnął ze swojej walizki latarkę oraz słoik i wspiął się po ramieniu mamy tak, by być na wysokości jej głowy.

– Co Pan robi? – Zapytała Hania wystraszona.

– Muszę odnaleźć przyczynę usterki. Nie bój się, to rutynowy zabieg, wykonujemy takie bardzo często.

– Serio?

– Ser? Ser bym zjadł… z dziurami najlepiej. – Odpowiedział Mamposz ochoczo.

– Eeeee, no, ok, już przynoszę.

Hania, choć nic z tego nie rozumiała, to nie chciała zadzierać z dziwacznym stworem, więc szybko przyniosła z lodówki trzy plastry sera z dziurami i podała go Mamposzowi Tramposzowi. Ten chwycił plastry i zjadł, oblizując się ze smakiem.

– No dobrze, dobrze, to teraz bierzemy się do pracy. – Powiedział i oświetlił latarką głowę mamy. Drugą ręką, ku wielkiemu zaskoczeniu i wystraszeniu Hani, zanurkował wewnątrz maminej głowy.

– Nie bój nic, wszystko pod kontrolą. – Dodał, uspokajając dziewczynkę. – Podaj słoik.

Hania podała mu słoik, do którego Mamposz zaczął wrzucać jakieś niewidzialne dla niej rzeczy.

Chęć na zabawę w kosmitów… To chyba twoje. – Powiedział do Hani, strzepując do słoika coś, czego Hania nadal nie mogła zobaczyć. – Chęć na lody czekoladowe… Też twoje?

– Mhmm. – Kiwnęła głową Hania, coraz bardziej zaciekawiona.

A Tramposz dalej grzebał w głowie mamy i co chwilę wrzucał coś do słoika.

– Gdzie jesteście? Gdzie się schowałyście? – Mówił pod nosem. – Ochota na marynowane udka?

– Pewnie taty. – Powiedziała Hania z uśmiechem.

Strach przed ciemnością i potworem z szafy… to też chyba twoje… lista zakupów, lista zadań na sobotęcierpliwość, brak cierpliwościkonsekwencja przede wszystkim… Nie wiesz, skąd to się tu wzięło? – Zapytał Tramposz, strzepując tą ostatnią rzecz, która jak złośliwy rzep, nie chciała odkleić się od jego palca.

– Mama czyta poradniki o wychowaniu. – Odpowiedziała Hania, wzruszając ramionami.

Frustracjapoczucie winybezsilność… O, widzę, że jestem już blisko… No są! – Wykrzyknął nagle Mamposz, chwytając palcami coś, co chyba próbowało mu uciekać. – W końcu się do was dokopałem.

– Co to takiego? – Zapytała Hania, przysuwając się bliżej.

– Widzisz te małe pimpki tam na dnie? – Mamposz skierował światło swojej latarki, wskazując Hani jakieś maleńkie świecące jasnym światłem punkciki. – Potrzeba odpoczynki i snuochota na długą kąpielchwila samotności w toalecieochota na spotkanie z koleżankamiczułe słowazrozumienie… To są potrzeby twojej mamy. Zostały zepchnięte na dno przez te wszystkie większe sprawy. Leżały tu już za długo i w końcu cały system padł. Trochę je powiększę i dam na górę. Za kilka minut mama się obudzi. Przez pewien czas może wam się wydawać, że będzie jakaś taka lekko egoistyczna… ale tak ma być. No, tylko, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo znów będzie to samo… No góra trzy dni.

– O rety, to co mamy zrobić?

Mamposz sięgnął do walizki i wyciągnął kartkę i długopis.

– Wypiszę receptę.

I szybko nabazgrał coś na kartce, a jako pieczątkę odcisnął swoją dłoń.

– To pytanie zadawajcie mamie przynajmniej raz dziennie. – Powiedział, podając Hani receptę.

Hania wzięła ją do ręki i odczytała:

czego dziś potrzebujesz?

– Ojej, to zawsze mama mnie o to pyta. – Powiedziała Hania, a oczy jej się zaszkliły. – Dziękuję Panie Mamposzu Tramposzu. Pana usługi są godne polecenia. Czy ma Pan konto na portalu społecznościowym?

– Portalu społecznościowym? – Powtórzył pytająco Mamposz. – Piękny portal gotycki zdobi drzwi do naszego Biura. Innych portali nie znam. – Odpowiedział stworek, idąc w stronę lodówki.

– Panie Mamposzu Tramposzu, dlaczego przemieszcza się Pan przez lodówkę?

– Wg statystyk drzwi od lodówki to najczęściej otwierane drzwi w każdym ludzkim domu, podobno nawet bez potrzeby. W razie komplikacji misji mamy więc spore szanse niepostrzeżenie wrócić przez nie do Biura. – Oznajmił Mamposz.

Potem pomachał jeszcze Hani na dowidzenia i zniknął w lodówce. Hania podeszła do mamy, pocałowała ją w policzek, przytuliła mocno i z uśmiechem wyszeptała jej do ucha:

– Czego dziś potrzebujesz mamo?

Supermoc małego jeża

W Malinowym Lesie mieszkały różne zwierzęta. Wśród nich byli też przyjaciele: jeż i bóbr. Choć bardzo się od siebie różnili, to bardzo też się lubili i spędzali razem dużo czasu. Jeż podziwiał bobra, że jest taki zdolny, pracowity, pomysłowy.

– Bóbr, ty to masz moc. – Mówił z zachwytem jeż. – Budujesz takie świetne rzeczy z drzew.

– Dziękuję przyjacielu. – Odpowiadał bóbr. – Bardzo mi przyjemnie, gdy tak mówisz.

– Ale wiesz, bobrze, trochę mi smutno…

– O, a dlaczego?

– Smutno mi, bo ty masz swoją moc, inne zwierzęta też mają swoje moce, a ja nie mam, a też chciałbym mieć.

Bóbr zaciekawił się bardzo tym, co mówił przyjaciel.

– A jakie moce mają inne zwierzęta?

– No, sowa jest bardzo mądra i wszystko wie… lis jest bardzo sprytny i zawsze wymyśla coś świetnego… niedźwiedź jest taaaaki silny a wilk najodważniejszy w całym lesie. Tylko ja nie mam żadnej mocy. – Zakończył jeż zasmucony.

– Oh, oj, no wiesz… ja myślę… – Bóbr bardzo chciał pocieszyć przyjaciela, ale nie wiedział, co ma mu powiedzieć. – Myślę, że też masz jakąś moc, tylko może jeszcze o niej nie wiesz.

Jeż zwinął się w kolczastą kulkę i poturlał się do swojego domu.

Przez najbliższe tygodnie bóbr zajęty był budową nowej tamy na pobliskiej rzece. To była dla niego bardzo ważna budowla. Niestety, gdy tama była już prawie gotowa, przyszła potężna burza i zniszczyła jego wysiłki. Bóbr był bardzo zmartwiony. Gdy tak siedział przy zburzonej tamie, zauważyły go inne zwierzęta i podeszły do niego.

– Oh wiesz co, widzę, że źle to wcześniej budowałeś, nic dziwnego, że się zawaliła. – Powiedziała sowa, przyglądając się tamie.

– Tak, tak, sowa ma rację. – Powiedział lis. – Pokażemy ci, jak to lepiej zbudować, chcesz?

Ale bobra te ich słowa jeszcze bardziej zasmuciły, więc się rozpłakał.

Wtedy podeszli do niego wilk i niedźwiedź.

– Hej, to nie powód do płaczu. Zamiast rozpaczać, musisz wziąć się znów do pracy i zbudować wszystko od nowa. Jesteśmy silni, pomożemy ci, chcesz?

Ale bobra rozzłościły te ich słowa, więc tylko rzucił im gniewne spojrzenie i poszedł w las.

Gdy był już daleko, usiadł na ściętym pniu drzewa. Wtedy po cichutku podszedł do niego jeż i powiedział:

– Widziałem, że burza zniszczyła twoją tamę.

A potem usiadł obok przyjaciela i po prostu był obok. I nic nie mówił.

Dopiero po chwili się odezwał.

– Bobrze, nie wiem, co zrobić, żeby ci pomóc. Nie znam się na budowaniu i nie jestem silny.

A Bóbr już znacznie spokojniejszy odpowiedział:

– Wystarczy, że jesteś.

I uścisnął łapkę jeża. A po chwili dodał.

– Wiesz, przyjacielu, myślę, że to jest twoja supermoc.

– Jaka? – Zapytał zdziwiony jeż.

– Po prostu jesteś.

Przyjaciel od początku do końca

Pup puk

– Kto tam?

– To ja, twoje ciało.

– O Witaj, czy coś chciałeś ode mnie?

– Chcę się z Toba zaprzyjaźnić. Bo przecież jestem z tobą od początku i będę tu aż do końca. Ze mną możesz poznawać świat i robić wiele ciekawych rzeczy.

– W takim razie chciałbym cię lepiej poznać. Powiedz proszę, co lubisz?

– Lubię, gdy się o mnie troszczysz. Gdy dajesz mi zdrowe jedzenie, pozwalasz mi odpocząć, pozwalasz mi być blisko przyrody. Wtedy mam siłę i energię, by iść z tobą przez życie.

– A czego, nie lubisz?

– Nie lubię, gdy ktoś mnie ocenia… że jestem za niskie albo za wysokie… za chude albo za grube… za jasne albo za ciemnie. Nie lubię też, gdy ktoś sprawia mi ból, uderza, popycha. Chciałbym, żebyś wtedy mi pomógł i powiedział, że tego nie chcę.

– A czego pragniesz?

– Bardzo bym chciał, żebyś zawsze mnie kochał. Wiesz, na początku, gdy się poznajemy, jestem gładkie i silne. Wtedy łatwo mnie polubić. Ale gdy będziemy długo szli przez życie, to z czasem stanę się pomarszczone i słabe. Chciałbym, żebyś i wtedy patrzył na mnie z czułością i miłością.

– W takim razie zaopiekuję się tobą. Dziękuję ci za to, że jesteś.


* Razem z bajką wykorzystać można zabawę “Moje ciało lubi…

Życzliwa Pchła

W Wielkim Lesie mieszkały różne zwierzęta. Większość z nich żyła ze sobą w zgodzie. Ale wśród nich były też małpy, które zachowywały się w bardzo złośliwy sposób. Gdy się śmiały, to tylko z innych. Ten był za niski, tamten za chudy, ten nie umiał malować, a tamten śpiewać. Zamiast pomocnej dłoni podstawiały innym nogi. Zamiast miłych słów, mówiły złośliwości. Nikt już nie pamiętał ich imion, bo mówiły do siebie tylko przezwiskami. Wszystkie inne zwierzęta dookoła miały tego dość. Postanowiły więc, że trzeba coś z tym zrobić.

– Niech idzie do nich lew. – Orzekły zwierzęta. – Jest groźny i surowy. Jak na nich ryknie, to się w końcu kogoś wystraszą i zaczną się dobrze zachowywać.

No i lew poszedł. Ryknął. Zrobił groźną minę. Pokazał kły i pazury. Małpy trochę się wystraszyły. I chwilę siedziały cicho. Lew dumny jak paw odszedł. A gdy tylko się oddalił, małpy zerwały się jak szalone i rozbiegły na wszystkie strony, robiąc innym złośliwe żarty.

Zwierzęta znów się naradzały.

– Niech sowa z nimi pogada. Ona jest najmądrzejsza. Wszystko im wyjaśni i jej posłuchają.

No i sowa poszła. A raczej pofrunęła. Wyprostowała się. Zrobiła poważną minę. Uniosła palec w górę, by podkreślić ważność swoich słów. I mówiła. Mówiła długo trudnymi słowami. Małpy słuchały, robiły mądre miny, że rozumieją. Kiwały głowami, że się zgadzają i obiecują poprawę. Sowa odfrunęła bardzo z siebie zadowolona. A gdy tylko zniknęła w powietrzu, małpy zachichotały i rozpierzchły się po lesie.

Zwierzęta stwierdziły bezradnie, że nic już nie da się zrobić ze złośliwymi małpami i że skoro one są niemiłe, to wszyscy inni też dla nich tacy będą.

 Pewnego dnia do tej krainy zawitała przejazdem (a raczej przeskokiem) maleńka życzliwa pchła. Oczywiście nikt nie był w stanie jej zobaczyć, tak była mała.

Pchła nic nie mówiła. Tylko patrzyła i słuchała z zaciekawieniem. I po chwili dostrzegła, że małpy wcale nie są cały czas złośliwe.

Pchła właśnie obserwowała, jak Jasnobrązowa małpa próbuje zbudować dom z patyków i gałęzi. Wkładała w to mnóstwo pracy. Ale chyba nie była z siebie zadowolona.

Pchła skoczyła na jej ramię, wspięła się wyżej i szepnęła do ucha:

– Twoja praca jest bardzo ważna. Życzę ci powodzenia.

Jasnobrązowa małpa rozejrzała się dookoła. Nikogo nie zobaczyła, ale słowa, które usłyszała, wywołały uśmiech na jej twarzy i ponownie wzięła się do pracy.

Kawałek dalej pchła zobaczyła Kasztanoworudą małpę, która cichutko pod nosem śpiewała sobie piosenkę. Rozglądała się też niepewnie dookoła, jakby bała się, że ktoś ją zobaczy i usłyszy.

Pchła podskoczyła do niej i szepnęła do ucha:

– Bardzo przyjemnie jest słuchać, gdy śpiewasz.

Małpa najpierw zaczerwieniła się zawstydzona. Ale po chwili zrobiło jej się tak miło, że uśmiechnęła się i śpiewała dalej.  A pchła ruszyła przed siebie w podskokach.

Tym razem zatrzymała się przy Ciemnobrązowej małpie, która próbowała zdjąć z jabłka malutki włos – widocznie miała ochotę na jabłko, a ten włos jej przeszkadzał. Niestety swoimi dużymi palcami nie potrafiła chwycić maleńkiego włoska. Bardzo ją to denerwowało i męczyło. Była już bliska płaczu.

Pchła poczuła sympatię dla tej zmęczonej małpy. Skoczyła na jabłko i szybko strąciła włosek na ziemię. Zdumiona i uradowana jednocześnie małpa szybko schrupała jabłko i poczuła wielką ulgę.

A pchła ruszyła dalej.

Nad brzegiem strumyka siedziała ze spuszczoną głową Prawieczarna małpa i kreśliła coś palcem na piasku. Pchła podskoczyła bliżej i zobaczyła na piasku napis „Nikt mnie nie lubi”. Pchle, która była bardzo życzliwym stworzonkiem, zrobiło się smutno. Wpadł jej też do głowy pewien pomysł.

Szybko zawróciła, by odnaleźć znów trzy małpy, które niedawno spotkała. Każdej z nich szepnęła do ucha, że Prawieczarna małpa potrzebuje ich pomocy. Małpki, choć nie wiedziały dlaczego, poczuły, że chcą jej pomóc i szybko ją odnalazły. Gdy zobaczyły, że siedzi smutna i zobaczyły, co napisała na piasku, to nie wiedziały, co mają zrobić. Przecież do tej pory robiły różne złośliwe rzeczy.

– Po prostu bądźcie życzliwe. – Szepnęła do nich pchła.

Małpy usiadły więc obok niej i bardzo delikatnie ścisnęły jej łapki. Siedziały razem w ciszy. A po chwili Prawieczarna małpa odwzajemniła ten życzliwy uścisk i zmazała łapką napis na piasku.  

Wszystkie cztery pierwszy raz od dawna czuły się dobrze w swoim towarzystwie dzięki temu, że ktoś inny okazał im życzliwość. Postanowiły więc, że teraz przekażą tą życzliwość dalej. Jedna z nich poszła więc na północ, druga na południe, trzecia na wschód, a czwarta na zachód. A gdy napotkały kogoś na swojej drodze, przekazywały życzliwy uśmiech, słowo lub gest.

Pchła siedziała wysoko na drzewie i z radością w sercu obserwowała, jak życzliwość zatacza coraz większe kręgi w Wielkim Lesie.