Archiwum kategorii: Poczucie własnej wartości

Supermoc małego jeża

W Malinowym Lesie mieszkały różne zwierzęta. Wśród nich byli też przyjaciele: jeż i bóbr. Choć bardzo się od siebie różnili, to bardzo też się lubili i spędzali razem dużo czasu. Jeż podziwiał bobra, że jest taki zdolny, pracowity, pomysłowy.

– Bóbr, ty to masz moc. – Mówił z zachwytem jeż. – Budujesz takie świetne rzeczy z drzew.

– Dziękuję przyjacielu. – Odpowiadał bóbr. – Bardzo mi przyjemnie, gdy tak mówisz.

– Ale wiesz, bobrze, trochę mi smutno…

– O, a dlaczego?

– Smutno mi, bo ty masz swoją moc, inne zwierzęta też mają swoje moce, a ja nie mam, a też chciałbym mieć.

Bóbr zaciekawił się bardzo tym, co mówił przyjaciel.

– A jakie moce mają inne zwierzęta?

– No, sowa jest bardzo mądra i wszystko wie… lis jest bardzo sprytny i zawsze wymyśla coś świetnego… niedźwiedź jest taaaaki silny a wilk najodważniejszy w całym lesie. Tylko ja nie mam żadnej mocy. – Zakończył jeż zasmucony.

– Oh, oj, no wiesz… ja myślę… – Bóbr bardzo chciał pocieszyć przyjaciela, ale nie wiedział, co ma mu powiedzieć. – Myślę, że też masz jakąś moc, tylko może jeszcze o niej nie wiesz.

Jeż zwinął się w kolczastą kulkę i poturlał się do swojego domu.

Przez najbliższe tygodnie bóbr zajęty był budową nowej tamy na pobliskiej rzece. To była dla niego bardzo ważna budowla. Niestety, gdy tama była już prawie gotowa, przyszła potężna burza i zniszczyła jego wysiłki. Bóbr był bardzo zmartwiony. Gdy tak siedział przy zburzonej tamie, zauważyły go inne zwierzęta i podeszły do niego.

– Oh wiesz co, widzę, że źle to wcześniej budowałeś, nic dziwnego, że się zawaliła. – Powiedziała sowa, przyglądając się tamie.

– Tak, tak, sowa ma rację. – Powiedział lis. – Pokażemy ci, jak to lepiej zbudować, chcesz?

Ale bobra te ich słowa jeszcze bardziej zasmuciły, więc się rozpłakał.

Wtedy podeszli do niego wilk i niedźwiedź.

– Hej, to nie powód do płaczu. Zamiast rozpaczać, musisz wziąć się znów do pracy i zbudować wszystko od nowa. Jesteśmy silni, pomożemy ci, chcesz?

Ale bobra rozzłościły te ich słowa, więc tylko rzucił im gniewne spojrzenie i poszedł w las.

Gdy był już daleko, usiadł na ściętym pniu drzewa. Wtedy po cichutku podszedł do niego jeż i powiedział:

– Widziałem, że burza zniszczyła twoją tamę.

A potem usiadł obok przyjaciela i po prostu był obok. I nic nie mówił.

Dopiero po chwili się odezwał.

– Bobrze, nie wiem, co zrobić, żeby ci pomóc. Nie znam się na budowaniu i nie jestem silny.

A Bóbr już znacznie spokojniejszy odpowiedział:

– Wystarczy, że jesteś.

I uścisnął łapkę jeża. A po chwili dodał.

– Wiesz, przyjacielu, myślę, że to jest twoja supermoc.

– Jaka? – Zapytał zdziwiony jeż.

– Po prostu jesteś.

Przyjaciel od początku do końca

Pup puk

– Kto tam?

– To ja, twoje ciało.

– O Witaj, czy coś chciałeś ode mnie?

– Chcę się z Toba zaprzyjaźnić. Bo przecież jestem z tobą od początku i będę tu aż do końca. Ze mną możesz poznawać świat i robić wiele ciekawych rzeczy.

– W takim razie chciałbym cię lepiej poznać. Powiedz proszę, co lubisz?

– Lubię, gdy się o mnie troszczysz. Gdy dajesz mi zdrowe jedzenie, pozwalasz mi odpocząć, pozwalasz mi być blisko przyrody. Wtedy mam siłę i energię, by iść z tobą przez życie.

– A czego, nie lubisz?

– Nie lubię, gdy ktoś mnie ocenia… że jestem za niskie albo za wysokie… za chude albo za grube… za jasne albo za ciemnie. Nie lubię też, gdy ktoś sprawia mi ból, uderza, popycha. Chciałbym, żebyś wtedy mi pomógł i powiedział, że tego nie chcę.

– A czego pragniesz?

– Bardzo bym chciał, żebyś zawsze mnie kochał. Wiesz, na początku, gdy się poznajemy, jestem gładkie i silne. Wtedy łatwo mnie polubić. Ale gdy będziemy długo szli przez życie, to z czasem stanę się pomarszczone i słabe. Chciałbym, żebyś i wtedy patrzył na mnie z czułością i miłością.

– W takim razie zaopiekuję się tobą. Dziękuję ci za to, że jesteś.


* Razem z bajką wykorzystać można zabawę “Moje ciało lubi…

Dziewczynka spod Gwiazdozbioru Żyrafy

Pewnej grudniowej nocy, pod jedną z gwiazd szczególnie tej nocy widocznego Gwiazdozbioru Żyrafy, w małym i spokojnym miasteczku przyszła na świat dziewczynka. Miała kasztanowe włosy jak jej mama i zielone oczy jak jej tata. I miała jeszcze coś, czego nie mieli ani mama, ani tata. Jej skórę pokrywały delikatne plamki o lekko brązowym odcieniu – zupełnie jak u żyrafy. I gdy pierwszy raz ujrzeli ją na świecie pokochali jej kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki. Te plamki trochę ich zmartwiły a trochę zastanawiały – skąd się wzięły? Pan doktor, który czuwał nad dziewczynką, gdy przyszła na świat, też jeszcze nie wiedział, skąd wzięły się plamki. Powiedział, że są one częścią dziewczynki i tyle. A później, gdy tata spojrzał w niebo i zobaczył jasno świecący Gwiazdozbiór Żyrafy, zrozumiał, że ta mała dziewczynka będzie dla nich kimś wyjątkowym.

Przywitała świat donośnym krzykiem, a potem ukojona czułym kołysaniem zasnęła w ramionach swojej mamy. Mama i tata kochali ją najmocniej na świecie i towarzyszyli jej w każdym ważnym momencie życia.

Nazwali ją Basia. Tak więc Basia rosła bardzo prędko. Rosły jej ręce, nogi, rosły także brązowe plamki na ciele. Gdy tylko Basia nauczyła się chodzić, to od razu zaczęła też skakać, Bardzo to lubiła, skakała po wszystkim, co się dało: po łóżku, po krzesłach, po trawie, po brzuchu taty, gdy leżał na kanapie. Aż w końcu tata kupił dla niej małą trampolinę i postawił ją w ogródku. I na niej też Basia skakała. Naprawdę wysoko. Basia lubiła też obserwować wieczorem niebo. Tata opowiadał jej o gwiazdach i planetach. Opowiedział też o szczególnie dla nich ważnym Gwiazdozbiorze Żyrafy.

Mała Basia nie tylko rosła ale też stawała się coraz mądrzejsza i bystrzejsza. I już wkrótce zaciekawiła się tym, że wśród wszystkich znanych jej osób tylko ona jedna ma na rączkach, nóżkach i brzuszku plamki – zupełnie tak jak ta żyrafa, co ma cały gwiazdozbiór.

– Mamo, czy w naszej rodzinie jest jakaś żyrafa? – Zapytała raz Basia swoją mamę.

– Nie kochanie, nie ma. A chciałabyś, żeby była? – Odpowiedziała mama z uśmiechem, pod którym kryło się zmartwienie.

Tak, mama zmartwiła się, że Basia może źle się czuć ze swoimi plamkami.

Ale Basia nie czuła się źle. Czuła, że mama i tata i wszyscy najbliżsi, których miała, kochali ją calutką od stóp aż po czubek głowy, a przecież po drodze są też plamki. Basia była po prostu ciekawa.

Razem z Basią rosły też inne dzieci, które znała i te, które dopiero poznawała. I te dzieci coraz częściej przyglądały jej się uważnie. Niektóre, gdy już się przyjrzały i znudziły tym przyglądaniem, to bawiły się dalej w najlepsze. Inne pytały, czemu ma takie plamki. A jeszcze inne pokazywały ją sobie palcami i chichotały.

Basia zaczęła czuć się nieswojo. A już najbardziej nieswojo poczuła się, gdy któregoś dnia jakiś chłopiec powiedział do niej:

– Dziwne te twoje plamy. Czemu ty je wszędzie masz? Nie możesz ich zmyć?

Dziewczynka poczuła, jak nagle robi jej się gorąco. Skurczyła się w sobie i spuściła wzrok. I tym razem po powrocie do domu zapytała mamę już bardziej stanowczo i ze złością w głosie:

– Mamo, dlaczego ja mam takie plamki, a nikt inny ich nie ma?

Mama odpowiedziała jej to, co mówiła już wcześniej:

– Nie wiem dlaczego. Gdy się urodziłaś, one były już z tobą.

– Mamo ja ich nie chcę, czy one kiedyś znikną? Przez te plamy jestem dziwna.

– Słyszę, że czujesz się z nimi źle. Nie wiem, czy one znikną. Ja nie mogę tego sprawić. Mogę za to być przy tobie wtedy, gdy poczujesz się smutna.

Mama przytuliła mocno Basię i zobaczyła, jak rozluźniają się jej dłonie, które wcześniej trzymała zaciśnięte w pięści. A po chwili zapytała jeszcze:

– Czy mogę zdradzić ci pewien ważny sekret?

Dziewczynka z mokrymi od łez oczami, ale bardzo zaciekawiona, kiwnęła głową.

– Rzeczy są takie jakie są. Nie są ani ładne, ani brzydkie, nie są zwyczajne ani dziwne. One po prostu są. Ale musimy nauczyć się patrzeć, żeby je naprawdę zobaczyć… a nie tylko widzieć je tak, jak sobie wymyśliliśmy, że wyglądają. To czasami jest bardzo trudne.

Basia próbowała zrozumieć, o co chodzi mamie, a mama dodała jeszcze:

– Ty jesteś Basią. Masz kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki na ciele. Jeśli ktoś będzie umiał patrzeć, zobaczy taką właśnie Basię, z którą będzie mógł się zaprzyjaźnić.

Teraz Basia już zrozumiała i jeszcze mocniej przytuliła mamę.

Jakiś czas później Basia bawiła się na dworze, gdy podeszła do niej dziewczynka i zaczęła jej się przyglądać zdziwiona. A po chwili powiedziała:

– Ej, co ty masz na rękach?

Basia poczuła, że serduszko tak nieprzyjemnie szybko jej bije. Wzięła wtedy głęboki oddech, zebrała całą siłę, jaką miała w sobie i powiedziała:

– Jestem Basia. Mam takie plamy i już. Jeśli chcesz, możesz się ze mną zaprzyjaźnić. Możemy poskakać razem na trampolinie, jestem w tym naprawdę świetna. Mogę też opowiedzieć ci o gwiazdach i planetach, bo dużo wiem na ten temat. Chcesz?

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy i zaniemówiła na chwilę zaskoczona. Potem uśmiechnęła się do Basi i odpowiedziała:

– Jestem Alicja. O planetach to ja za bardzo nic nie wiem, ale założę się, że na trampolinie cię pokonam.

No więc poszły sprawdzić, kto rzeczywiście wyżej skacze. I bardzo dobrze się bawiły. Tak dobrze, że zapomniały już, że miały to sprawdzić. A później Basia na prawdę opowiedziała Alicji o kosmosie, gwiazdach i gwiazdozbiorze żyrafy.

Ale nie zawsze było tak łatwo. Czasem zdarzało się, że jakiś chłopiec albo dziewczynka nie chcieli słuchać jej przyjaznych słów i śmiali się z niej lub mówili coś przykrego. Wtedy Basia wiedziała, że oni nie potrafią jeszcze patrzeć tak, żeby widzieć coś na prawdę (tak jak wyjaśniała jej mama). I chociaż nadal było jej z tym trudno i nieprzyjemnie, to wiedziała, że nie na wszystko można od razu znaleźć rozwiązanie. Przypominała sobie wtedy, że jest Basią, która lubi skakać i wie dużo o gwiazdach, a jeśli ktoś mówi, że jest “dziwna”, to znaczy, że on tak mówi, a nie że Basia taka właśnie jest. A gdy mimo to było jej czasem bardzo źle, bo wyczerpała już wszystkie swoje siły, to szła do kogoś, kto naprawdę umiał patrzeć, np. do mamy i taty. Śmiali się wtedy i bawili albo po prostu w milczeniu gapili na gwiazdy. I to było dla niej naprawdę pomocne.

Dziwak z Wyspy Środkowej

Na wielce-olbrzymim i wielce-głębokim Oceanie Szmaragdowym, wśród pląsających, wysokich fal rozsiane były maleńkie wyspy. Każda pokryta bursztynowym, gorącym piaskiem i porośnięta różnymi gatunkami drzew i roślin. Jedną z wysp (nazwijmy ją Wyspą Środkową, bo znajdowała się w samym sercu Oceanu Szmaragdowego) zamieszkiwali wysocy i szczupli ludzie o jasnych włosach i jasnej skórze. Z jednej wyspy do drugiej było bardzo daleko, tak daleko, że żaden z mieszkańców Wyspy Środkowej nie wiedział o istnieniu tej drugiej i trzeciej, i czwartej… i nie wiadomo, której jeszcze wyspy. Krążyły jednak legendy przekazywane od lat, że gdzieś daleko, daleko za horyzontem znajdują się jakieś inne lądy. Nikt jednak nie wierzył za bardzo w te bajki, a nawet gdyby ktoś wierzył, to nikt nie miałby ochoty tego sprawdzać, bo wszyscy ludzie czuli się tu ze sobą bardzo dobrze. Byli do siebie podobni z wyglądu i z charakteru, lubili też robić te same rzeczy.

Aż pewnego dnia na wyspie urodził się chłopiec, który na początku wyglądał i zachowywał się tak samo jak inne dzieci, ale im bardziej rósł, tym bardziej stawało się jasne, że różni się on od pozostałych ludzi. Był on niższy i tęższy od innych, miał ciemniejsze włosy i skórę, a na dodatek, jakby tego było mało, coraz bardziej różnił się od innych charakterem i zainteresowaniami. Podczas gdy inne dzieci biegły z głośnym krzykiem kopać piłkę i szalały wśród tańczących fal, on siadał pod drzewem i czytał książkę, a czasami kreślił coś patykiem po piasku, intensywnie się temu przypatrując. Czasami wspinał się na wysokie drzewa i rozglądał dookoła. Ludzie z przymrużeniem oka patrzyli na stawiane przez niego z gałęzi budowle i opowiadane przez niego historie o podróżach w dalekie strony. Mówili mu często, żeby zamiast marnować czas, zajął się czymś pożytecznym. Niektórzy zaczęli nazywać go dziwakiem, a z czasem przezwisko to przykleiło się do niego na dobre.

Raz w roku, w Święto Księżyca mieszkańcy obdarowywali się nawzajem darami. Nie były to jednak zwyczajne podarunki, jakie można by kupić w sklepie, bo na wyspie nie było ani sklepów ani pieniędzy. Obdarowywano się jednak tym, co każdy mógł i chciał podarować drugiej osobie – Szacunkiem, Podziwem, Szczerością, Zaufaniem oraz najcenniejszym podarkiem, Przyjaźnią.

W dziesiąte Święto Księżyca po swoim urodzeniu chłopiec jak zwykle obserwował ludzi, którzy podchodzą do siebie, niosąc w dłoniach srebrzyste kłęby księżycowej poświaty. Kłęby te przekazywali sobie z rąk do rąk, a wtedy przybierały one różne kształty symbolizujące ofiarowywany podarek. Co roku chłopiec marzył o tym, by i jemu ktoś podarował Przyjaźń lub Sympatię. Jednak najczęściej otrzymywał od innych Zdziwienie, a czasem ktoś podrzucił mu Obojętność. Chłopiec przywykł już do tego, jednak z każdym kolejnym Świętem Księżyca coraz bardziej doskwierała mu samotność i coraz bardziej rozmyślał o tym, czy rzeczywiście Szmaragdowy Ocean kryje wśród swoich fal jeszcze inne wyspy, gdzie mógłby spotkać kogoś podobnego do siebie. Rozmyślając tak teraz, spojrzał w wyjątkowo spokojną tego wieczoru taflę wody i zobaczył w niej swoje odbicie.

Jestem inny. Pomyślał. A ponieważ rzeczywiście tak było, chłopiec miał też umiejętność, której nie miał nikt inny na wyspie. Potrafił na każdą sprawę spojrzeć inaczej niż pozostali. I teraz także powiedział sam do siebie w myślach: Gdzieś na pewno jest ktoś, kto jest do mnie podobny.

Zaczął wypytywać sąsiadów o to, czy wiedzą coś o innych lądach, ale wtedy patrzyli na niego z jeszcze większym zdziwieniem i śmiali się do siebie nawzajem. Chłopiec postanowił więc sam się tego dowiedzieć. Coraz częściej czytał teraz różne książki i nikt nie wiedział, że były to historyczne i podróżnicze książki sprzed wielu lat. Były tam czarno-białe rysunki przedstawiające mapy, statki, kompasy. Chłopiec sam kreślił też różne rysunki na piasku, a w czasie gdy inni wspólnie się bawili, on przeszukiwał zapomniane przez wszystkich podziemne skrytki, odkładając na bok znalezione przedmioty. Od czasu do czasu znikał gdzieś na bocznej plaży i wracał dopiero wieczorem bardzo zmęczony. Nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy przyzwyczaili się, że chłopiec ma swoje “dziwne” zainteresowania. Aż pewnego dnia chłopiec przybiegł na główną plażę bardzo uradowany.

– Skończyłem! Gotowe! – Krzyczał, śmiejąc się. – Mogę już teraz wyruszyć!

– Dokąd chcesz wyruszyć? – Pytali ludzie trochę zaskoczeni a trochę rozbawieni.

– Wyruszam w poszukiwaniu innych wysp. – Powiedział chłopiec z taką oczywistością w głosie jakby mówił, że dziś jest poniedziałek. – Przecież już dawno wam to mówiłem.

Kilka osób zaśmiało się, jedna Pani machnęła ręką i poszła dalej, a jakiś Pan przewrócił oczami, mówiąc pod nosem “Ten znowu coś wymyśl, poszedłby lepiej w piłkę pograć, jak każdy normalny chłopak“. A potem wszyscy się rozeszli, zostawiając chłopca samego. A on podniósł z ziemi kamyk i cisnął nim z wściekłością w wodę.

– W następne Święto Księżyca dam wam ZNIELUBIENIE! – Krzyknął rozzłoszczony. – Jeśli nadal tu z wami będę. – Dodał już cichutko.

Ale i tak nikt go już nie słyszał. Chłopiec pobiegł między drzewa i przytaszczył za sobą łódkę. Budował ją starannie i pracowicie przez ostatnich kilka tygodni, z materiałów, które znalazł. Najbardziej jednak dumny był ze znalezionego starego kompasu. Wypolerował go teraz dokładnie, pocierając o swoją koszulkę, wziął jeszcze plecak, do którego spakował jedzenie i picie, a potem wepchnął łódkę do wody i wskoczył na jej pokład.

– Kierunek północ, Kapitanie! – Wykrzyknął sam do siebie.

Płynął tak długo, że zrobił się już głodny, a do głodomorów nie należał. I gdy już w jego żołądku odbywał się prawdziwy głodowy koncert, wtedy zobaczył na horyzoncie wyłaniający się powoli ląd.

– To musi być Wyspa Północna! – Powiedział Kapitan znów sam do siebie.

Na spotkanie wybiegł mu chłopiec o kręconych włosach i rumianej buzi.

– Skąd przybywasz? – Zapytał, mierząc go ciekawskim spojrzeniem?

– Z południa, z samego serca oceanu. – Odpowiedział podekscytowany tym spotkaniem mały kapitan.

– A jak masz na imię?

Na to pytanie chłopiec zamyślił się i zasmucił odrobinę.

– Zapomniałem. – Powiedział po chwili. – Wszyscy od dawna mówią na mnie Dziwak.

– Na mnie też tak mówią! – Zawołał ten w kręconych włosach. – Ale, nie możemy przecież mieć takiego samego imienia. Czy mogę wymyślić imię dla ciebie?

– Pewnie!

– Hmmm… Będę cię nazywać… Środkowy, bo przybyłeś ze środka Oceanu.

– Podoba mi się! – Opowiedział uradowany. – A więc ty będziesz Północny, bo mieszkasz na     północy.

– Ha! – Zawołał wesoło ten drugi i razem klasnęli w swoje dłonie.

– Chodź, oprowadzę cię po mojej wyciszalni. – Powiedział Północny.

– Co to takiego WYCISZALNIA?

– No wiesz, to takie miejsce, do którego mnie odsyłają, gdy już jestem za głośno i gdy im za bardzo przeszkadzam. Bo na mojej wyspie wszyscy oprócz mnie są bardzo spokojni. Potrafią godzinami siedzieć w ciszy i bez ruchu, grają w szachy albo czytają książki. A o mnie mówią, że opanowały mnie mrówki i dlatego ciągle się ruszam i hałasuję i często mają mnie dość.

Środkowy słuchał tego z zaciekawieniem.

– U mnie jest trochę odwrotnie. Wszyscy lubią biegać i grać w piłkę, a ja wolę czytać albo coś budować.

Chłopcy patrzyli na siebie w milczeniu. Wyglądało na to, że bardzo się od siebie różnią, ale mimo to każdy z nich poczuł, że lubi tego drugiego.

Środkowy oprowadził Północnego po wyspie i przedstawił go pozostałym mieszkańcom. Ludzie, widząc spokojny charakter chłopca, uśmiechali się do niego życzliwie, co było dla niego dużym zaskoczeniem.

– Widzisz? – Powiedział Północny. – Pasowałbyś tutaj, wszyscy by cię polubili, bo jesteś do nich podobny, nie tak jak ja.

– Ty pasowałbyś do mojej wyspy. – Odpowiedział Środkowy. – Tam też by cię polubili.

Środkowy postanowił zostać jakiś czas na Wyspie Północnej. I chociaż rzeczywiście swoim spokojnym usposobieniem przypominał jej mieszkańców, to bardzo dobrze czuł się w towarzystwie swojego rozbieganego kolegi. Gdy się spotykali w wyciszalni, to Środkowy zazwyczaj siedział pod drzewem, rysując na piasku różne mapy i znaki, o których z zaangażowaniem opowiadał Północnemu. A Północny zwykle biegał wtedy wokół niego, od czasu do czasu zerkając na jego rysunki i wykrzykując “Aha!” albo “Oooo!”, gdy coś go szczególnie zaciekawiło. A gdy już obaj się zmęczyli, to kładli się na plaży i obserwowali chmury. Środkowy leżał cicho i spokojnie, Północny nucił coś pod nosem i turlał się z boku na bok.

Tymczasem na Wyspie Środkowej ludzie zaczęli odczuwać nieobecność Dziwaka. Wszystko wokół nich wydawało im się teraz nudne, nieciekawe, identyczne. Wszyscy wciąż gdzieś biegali, o czymś głośno rozmawiali, grali w piłkę. Nie było wokół nic nowego, interesującego, na co można by zwrócić uwagę. Ludzie poczuli nieśmiało, że tęsknią za swoim Dziwakiem.

A on na wyspie Północnej doczekał kolejnego Święta Księżyca. Tutaj ludzie także wręczali sobie podarki. I gdy nadszedł wieczór wszyscy zebrali się na plaży przy ognisku. Chłopcy siedzieli trochę dalej od pozostałych i obserwowali, jak ludzie zaczynają obdarowywać się nawzajem.

– Ja też mam dla ciebie prezent. – Powiedział nieśmiało Północny. – Ale nie wiem, czy go przyjmiesz.

Z opadającej na ziemię księżycowej poświaty chłopiec uformował kłębek i wręczył go swojemu koledze ze środka oceanu. Gdy Środkowy wziął kłębek, przybrał on najpiękniejszy dla niego kształt. Kształt przyjaźni.

– To najlepszy prezent jaki w życiu dostałem! – Powiedział uradowany i również uformował kłębek księżycowej poświaty. – Chcę ci podarować to samo. – Dodał, kładąc kłębek na dłoni Północnego.

Chłopcy wymienili pierwszy przyjacielski uścisk i z dumą przyglądali się swoim tegorocznym podarkom. A następnego dnia Środkowy zaproponował Północnemu:

– Popłyńmy razem szukać nowych wysp. Jeśli moja wyspa jest w sercu oceanu, a twoja jest na północy, to na pewno jest jeszcze Wyspa Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Może i tam spotkamy nowych przyjaciół.

Północnemu spodobał się ten pomysł i tego samego dnia chłopcy wyruszyli w podróż. Swoje przygody i odkrycia zapisywali w specjalnym dzienniku pokładowym, który zatytułowali:

Przygody Poszukiwaczy Przyjaźni na Oceanie Szmaragdowym

                Minął rok, gdy postanowili, że czas wracać do swoich domów. Przyjaciele pożegnali się serdecznie, a  Środkowy obiecał Północnemu, że za kolejny rok przypłynie po niego, by tym razem zabrać go do siebie.

Środkowy wrócił na swoją wyspę w dzień Święta Księżyca. Zdziwił się, że wiele osób przywitało go z uśmiechem, pytając, co u niego słychać. A wieczorem przy blasku księżyca kilka osób podeszło do niego, niosąc swoje podarunki. Tym razem nie było to jednak zdziwienie ani obojętność ale coś zupełnie odmiennego. To było… zainteresowanie i zaciekawienie. Ludzie ci usiedli obok niego i poprosili, żeby opowiedział im o swoich przygodach. A gdy mówił, to nie podśmiewali się złośliwie, ale uśmiechali życzliwie, bo zrozumieli, że ten chłopiec, który się od nich różni, nie jest kimś dziwnym, ale kimś wyjątkowym. I choć wcześniej uważali, że do nich nie pasuje, to teraz pomyśleli, że dzięki niemu ich codzienne życie jest ciekawsze.

 

Zając Marcel

Wszystkie zwierzęta w lesie wiedziały, że zając Marcel jest we wszystkim najlepszy. Sowa Ludmiła wiedziała, że jest mądrzejszy od niej i więcej wie. Lis Leopold wiedział, że Marcel jest od niego sprytniejszy i potrafi rozwiązać każdą, nawet najtrudniejszą zagadkę. Królik Bartek wiedział, że Marcel jest od niego szybszy. Wiewiórka Tosia wiedziała, że Marcel ma lepszy wzrok i węch, i zawsze znajduje więcej smakołyków na zimowe zapasy. Po prostu wszystkie zwierzęta w lesie wiedziały, że w żadnej dziedzinie nie mogą się równać z Marcelem. Czasem przychodziły do niego po pomoc lub radę, choć było im przykro, że nie są tak zdolne jak on. Sowa Ludmiła wstydziła się, że Marcel wie więcej od niej, lis Leopold głupio się czuł, gdy nie potrafił rozwiązać zagadki, z którą Marcel świetnie sobie poradził. Królik Bartek był smutny, gdy zawsze w wyścigach przegrywał z Marcelem, a wiewiórka Tosia martwiła się, że nie potrafi zebrać na zimę takich dużych zapasów jak on. Zając Marcel był z siebie bardzo dumny i nie wyobrażał sobie, żeby kiedykolwiek mogło być inaczej. Przyzwyczaił się do tego, że to on jest we wszystkim najlepszy. Gdy zwierzęta przychodziły do niego, zapytać, co oznacza jakieś słowo albo jak się pisze jakiś wyraz, Marcel natychmiast odpowiadał.

Zwierzęta nie wiedziały jednak, jak wiele wysiłku kosztuje Marcela, żeby być najlepszym.  Zdarzało się, że przez chwilę nie mógł on sobie przypomnieć odpowiedzi na jakieś pytanie. Bardzo się wtedy denerwował i martwił, że sowa okaże się mądrzejsza od niego. Myślał więc tak długo i tak mocno, że czasem już bolała go od tego głowa. Marcel martwił się też, gdy dużo czasu zajmowało mu rozwiązanie zagadki. Nie chciał, żeby lis był sprytniejszy od niego. Czasem nawet nie jadł obiadu, tylko siedział i przypominał sobie różne ważne informacje, żeby nie wyleciały mu z głowy. Gdy ścigał się z królikiem i zdarzało się, że królik już tuż tuż go dogania, wytężał wszystkie siły, żeby tylko nie dać się wyścignąć. Później strasznie bolały go łapki, ale nikomu o tym nie mówił. Jeśli Marcel widział, że ma tyle samo smakołyków co wiewiórka, szukał cały dzień i całą noc, żeby znaleźć ich więcej. Wszystko to było bardzo męczące, Marcel cały czas wytężał wszystkie swoje siły, żeby być najlepszym. Czasami po całym pracowitym dniu nie miał już na nic ochoty. Tego zwierzęta nie wiedziały… Marcel zawsze wydawał im się szczęśliwy i pełen energii.

Pewnego dnia, gdy Marcel ścigał się z królikiem Bartkiem był już bardzo zmęczony i nie zauważył wystającego z ziemi korzenia. Potknął się i z wielką siłą uderzył w gruby, potężny pień drzewa. Drzewo zakołysało gałęziami i na głowę Marcela spadło olbrzymie, twarde jabłko, pozostawiając na jego czole dorodnego guza. Marcel leżał chwilę nieruchomo z zamkniętymi oczami. Bartek podbiegł do niego szybko.

–          Marcelu, Marcelu! Wszystko w porządku? – Zapytał Bartek przestraszony.

Zając Marcel powoli otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Głowa bardzo go bolała.

–          Tak Bartku, w porządku, tylko tak jakoś dziwnie się czuję. Nie pamiętam, co się stało.

Królik wezwał na pomoc pozostałe zwierzęta. Sowa poradziła, żeby zaparzyć ziół, które pomogłyby Marcelowi odzyskać siły, zapomniała jednak, jak nazywają się te zioła.

–          Marcelu chodzi mi o tą roślinę z różowymi liśćmi, które pachną tak słodko, jak ona się nazywa? – Zapytała sowa.

Marcel myślał i myślał, ale nie potrafił przypomnieć sobie właściwej odpowiedzi. Bardzo się tym zaniepokoił.

–          Czy to znaczy, że już nie jestem najmądrzejszy? – Pytał wszystkich dookoła.

–          Nie martw się Marcelu. – Powiedziała sowa. – Jesteś bardzo mądry, ale przecież nie musisz wiedzieć wszystkiego. Chodź ze mną do mojej biblioteki, razem poszukamy w książkach właściwej odpowiedzi.

Po krótkich poszukiwaniach Marcel i sowa Ludmiła znaleźli w jednej z książek to, czego szukali.

– Widzisz, wcale nie trzeba wszystkiego pamiętać. – Powiedziała sowa i uśmiechnęła się życzliwie do Marcela. – Ważne, żeby wiedzieć, gdzie szukać informacji.

Sowa bardzo się cieszyła, że tym razem to ona mogła pomóc swojemu znajomemu.

Następnego dnia lis Leopold  przyszedł do Marcela z zagadką, której nie potrafił rozwiązać. Marcel długo główkował, ale nie potrafił znaleźć właściwego rozwiązania. Bardzo się zawstydził z tego powodu. Na szczęście lis pocieszył go.

–          Nie martw się Marcelu, przecież nie zawsze musimy wszystko wiedzieć. Może razem spróbujemy rozwiązać tą zagadkę?

Rzeczywiście wspólnymi siłami Marcel i Leopold rozwiązali łamigłówkę, choć zajęło im to trochę czasu. Lis był bardzo dumny i zadowolony, że udało im się to zrobić.

Zbliżała się zima i wszystkie zwierzęta gromadziły różne zapasy. Marcel przez swój wypadek nie miał głowy do szukania smakołyków. Wiewiórka Tosia, przechodząc obok jego domu, zauważyła, że niewiele ich zgromadził.

–          Marcelu, może w tym roku podzielę się z tobą swoimi zapasami na zimę? – Zapytała wiewiórka. – Mam ich całkiem sporo. A w przyszłym roku,  jeśli uzbierasz więcej, to wtedy ty podzielisz się ze mną.

Marcel poczuł się zawstydzony tą sytuacją, choć z drugiej strony wydało mu się przyjemne, że ktoś się o niego troszczy.

Marcel nie był już najlepszy we wszystkim. Na początku bardzo się tego wstydził i martwił się, co będą o nim myśleć inni. Ale poczuł się lepiej, widząc że przyjaciele wcale się z niego nie śmieją i bardzo chcą mu pomóc. Wydawało mu się, że lubią go nawet bardziej niż kiedyś. I rzeczywiście zwierzęta czuły się teraz lepiej w towarzystwie Marcela i nie wstydziły się przychodzić do niego po pomoc, bo same również mu pomagały. Były też bardzo dumne i szczęśliwe, że czasami każde z nich odnosi sukcesy.

Gdy Marcel odzyskał siły, razem z królikiem postanowili się ścigać. Okazało się, że w wyścigach Marcel nadal jest bardzo dobry, choć już nie zawsze wygrywa. Nauczył się gratulować wygranej królikowi i cieszyć razem z nim. Choć było to dla niego trudne, nauczył się prosić o pomoc sowę i lisa, gdy czegoś nie wiedział. Był też bardzo wdzięczny wiewiórce, że podzieliła się z nim swoimi zapasami. Potrzebował trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do tej nowej sytuacji, ale czuł się teraz o wiele lepiej, bo nie musiał już tak bardzo się męczyć, żeby być najlepszym. Zrozumiał, że ważniejsze jest, żeby być szczęśliwym i mieć wokół siebie przyjaciół.